Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Autostopem do Gruzji

6 stycznia 2013

Istnieją na świecie jeszcze miejsca, gdzie linia horyzontu jest całkowicie odsłonięta, góry urzekają swoim majestatycznym pięknem, a piękno przyrody powoduje, że boisz się odezwać.

Fot. A. Bartczak

Trudno znaleźć gdzieś w Polsce takie miejsca, bez cywilizacji, pozbawione turystów i kartek widokowych. Wiele miejsc, z tych do niedawna uważanych za najbardziej odosobnione w Europie, dziś pojawia się na okładkach folderów biur podróży. Nam jednak w te wakacje udało się dotrzeć do cichych, zapierających dech w piersiach zakątków. Odkryliśmy ich urok w państwach, które od wielu lat są odwiedzane przez setki, a nawet tysiące turystów, także z Polski. O tym, że je zobaczyliśmy, zadecydował przede wszystkim sposób, w jaki podróżowaliśmy.

17.07.2012 r., pobudka o 5.30. Trudno jest zerwać się z łóżka o tej porze w wakacje, zwłaszcza, że cały poprzedni wieczór zamiast postarać się choć trochę wyspać, oboje z Markiem biegaliśmy po mieszkaniu, szukając potrzebnych nam sprzętów, słuchając rad jego taty, co zrobić, żebyśmy nie zginęli i pocieszając jego mamę, że przecież wrócimy cało, że już tak podróżowaliśmy, że nic nie może nam się stać. Jej łzy i pożegnalne wiadomości od mojej rodziny, pełne troski i obaw nie psują naszego pozytywnego nastawienia. Przecież tylu ludzi podróżuje, dlaczego akurat nam tym razem miałoby się nie udać? Uda się. Musi się udać. Nie bierzemy innej opcji pod uwagę. Plan jest prosty – jedziemy autostopem z Polski przez Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Turcję do Gruzji, a następnie wracamy cali i zdrowi.

Fot. A. Bartczak


W kraju smoków, Drakuli i płatnego autostopu

Rumunia była naszym pierwszym celem. Zależało nam przede wszystkim na zwiedzeniu mrocznej Transylwanii i Zamku Drakuli oraz zobaczeniu Karpat, które w rumuńskiej części stanowią ponad 55% ich ogólnej powierzchni.

Podobno podróżowanie autostopem jest tutaj bardzo popularne. Pomyśleliśmy: „To świetnie, te wszystkie stereotypy o Rumunii to z pewnością przesada, to musi być piękny kraj, w którym ludzie są życzliwi…”

Wystarczyły nam niecałe trzy dni, aby przekonać się, że to my jesteśmy w błędzie.

Do Rumunii dojechaliśmy 20 lipca. Mieliśmy szczęście, ponieważ pod Budapesztem zatrzymała się dla nas para węgierskich baptystów, która jechała stamtąd prosto do stolicy Transylwanii, czyli Cluj – Napoci. W trakcie sześciogodzinnej jazdy, przy dźwiękach muzyki gospel, zaprzyjaźniliśmy się z naszymi kierowcami – Julią i Norbertem. Wysłuchaliśmy historii o tym, jak się poznali, obejrzeliśmy zdjęcia ich dzieci, a także dowiedzieliśmy się kilku ciekawych rzeczy na temat historii węgiersko-rumuńskiej i tradycyjnych rumuńskich potraw, takich jak csorba, mici i cozonac.

Z Julią i Norbertem pożegnaliśmy się około północy na stacji benzynowej przy wlocie do miasta. Wymieniliśmy się mailami, żeby pozostać w stałym kontakcie w trakcie naszej podróży. Postanowiliśmy rozłożyć namiot gdzieś w okolicy, by przenocować i rano pojechać do centrum. Nie zastanawialiśmy się zbyt długo nad odpowiednim miejscem. Dopiero rano okazało się, że nasz wybór nie był zbyt trafny. Obudziły nas kroki wokół naszego namiotu, aż w końcu ktoś pociągnął za zamek od wejścia. Zaskoczeni wyszliśmy na dwór. Okazało się, że pracownicy stacji benzynowej zbierali opłaty za parking i szukali naszych pojazdów. Panowie byli nieco zmieszani, gdy jakimś cudem, łamanym rosyjskim, udało nam się wytłumaczyć, że podróżujemy autostopem i nie posiadamy własnych samochodów czy motorów. Na szczęście obyło się bez płacenia na nocleg, dostaliśmy jednak godzinę na zwinięcie namiotu i opuszczenie terenu stacji.

Niestety, nie było to pierwsze zaskoczenie tego dnia. Już po kilku minutach łapania na głównej drodze, zrozumieliśmy, że „popularność” autostopu w Rumunii powinniśmy zacząć rozumieć inaczej niż do tej pory. Tak, to prawda, ten środek transportu jest tu bardzo popularny, jednak przede wszystkim jako zastępstwo dla komunikacji miejskiej i międzymiastowej. Powoduje to, że na drogach, nawet w centrach miast, stoi masa autostopowiczów, każdy z drogowskazem na inne miasto. W ten sposób poruszają się tutaj także całe rodziny. Spróbujcie sobie wyobrazić nasze zdziwienie, gdy stojąc na drodze z Cluj Napoci do Branu, nagle przed nami pojawiła się pięcioosobowa rodzina (tata, mama z dwójką niemowlaków na rękach i chłopiec około czteroletni) i nie zważając na nas zaczęła szukać transportu autostopem. W końcu, na środku drogi, zatrzymała się ciężarówka i zabrała całą piątkę. W dodatku, Rumuni przyjęli zwyczaj płacenia kierowcom za podwózkę. Fakt ten także sprawiał nam wiele kłopotów, zwłaszcza dlatego, że zawsze staraliśmy się podróżować bez gotówki. Udało nam się jednak ominąć panujące zasady. Gdy tylko ktoś dla nas się zatrzymywał, rozmowę zaczynaliśmy od „no money”. Ku naszemu zdziwieniu, ludzie słysząc angielski, decydowali się podwieźć nas za darmo.

Transylwania okazała się być niezbyt mrocznym, ale bardzo urokliwym regionem. Pogoda dopisywała nam niesamowicie. Dzięki wysokim temperaturom i prażącemu z nieba słońcu, udało mi się nawet kilka razy odwodnić, na szczęście nie okazało się to zbyt poważne. Ale w końcu, kto by się przejmował piciem wody, gdy dookoła dzieje się tyle ciekawych rzeczy! Nie udało nam się niestety spotkać ani jednego wampira, czy wilkołaka, jednak ich towarzystwo doskonale zastępowała nam wieprzowina w sosie kawowym, przepyszne csorby warzywne oraz małe dzieci, które gdy tylko widziały nasze plecaki, podbiegały do nas mówiąc: „give me one lei”. Postanowiliśmy także zwiedzić Zamek Drakuli, jednak już w drodze do niego jeden z kierowców uprzedził nas, że sam książę Drakula spędził w tym zamku najwyżej 5 miesięcy i stanowi on wyłącznie sztuczną atrakcję turystyczną. Nasze rozczarowanie powiększyło się, gdy zobaczyliśmy sam zamek. Ceny biletów, hordy turystów i sprzedawców, którzy usiłowali zarobić na handlu pamiątkami z wizerunkiem „upiornego” zamku, czy sztuczną krwią. W dodatku, nie udało się nam spotkać ani jednego smoka, nawet w miejscach najbardziej zapomnianych przez ludzi.

Na szczęście turystyczne miasteczka i wszechobecna bieda to nie jedyne wizytówki Rumunii. Śmiało mogę stwierdzić, że odwiedziliśmy tam jedne z bardziej urokliwych miejsc na świecie. Rumuńskie krajobrazy wynagradzały kilkugodzinne postoje na drogach, a zachód słońca nad Karpatami sprawiał, że przestawaliśmy żałować przeprawy przez ten wciąż nieujarzmiony kraj.

Również ostatnie chwile naszego pobytu w ojczyźnie Drakuli pełne były przygód i zaskoczeń. Okazało się bowiem, że droga, którą chcemy dotrzeć do Bułgarii urywa się przed przejściem granicznym, ponieważ naturalną granicę rumuńsko-bułgarską stanowi rzeka Dunaj. Mieliśmy szczęście. Okazało się, że nie musimy przepływać wpław, by znaleźć się na drugim brzegu. Trochę niepewnie wsiedliśmy na prom, który zabrał nas na drugi brzeg – do bułgarskiego miasta Silistra. Swoja drogą, prom graniczny wyglądał bardziej jak łajba przemytników towarów o nieznanym pochodzeniu.

Tam, gdzie drugi człowiek jest ważniejszy od reszty świata

Szybko przemierzając Bułgarię, po drodze zaliczając kąpiel w ciepłym Morzu Czarnym i przeprawę przez górską „drogę ekspresową”, dotarliśmy do Turcji. Państwo to, zaskoczyło nas swoją odmiennością, barwnością i gościnnością. Ilekroć spotykaliśmy kogoś na naszej drodze, okazywał on nam swoją sympatię i bardzo mocno kibicował w dalszej podróży. Wiele razy zdarzyło się, że napotkane osoby – kierowcy, przechodnie – ratowali nam życie.

Pierwsza taka sytuacja przydarzyła się już na granicy bułgarsko-tureckiej. Tego dnia pech nas nie opuszczał. Znajdowaliśmy się na bardzo rzadko uczęszczanym, górskim przejściu granicznym. Nieliczne przejeżdżające samochody nie chciały się zatrzymywać, a od najbliższej miejscowości dzieliło nas ponad czterdzieści kilometrów. Nie myśleliśmy nawet o przechadzce do Kırklareli. Jedynym sensownym wyjściem było zostanie na drodze w pobliżu granicy (tam mieliśmy chociaż dostęp do sklepu i toalety) i próbowanie złapania jakiegoś transportu w głąb kraju. Spędziliśmy tam kilka godzin, w pełnym słońcu, machając na wszystko, co nas mijało, łącznie z taksówkami i autobusami, jednak mimo to, nikt nie chciał nas ze sobą zabrać.

W końcu zatrzymało się dwóch Turków, którzy jechali do Kırklareli. Po zapakowaniu rzeczy do bagażnika wsiedliśmy do samochodu, a Marek zaczął opowiadać o problemach, jakie tego dnia czekały na nas na trasie. Odpowiedź naszego kierowcy była błyskawiczna:

- Jeśli chcecie jeździć po Turcji stopem to pilnuj tego, jak ona jest ubrana, inaczej wszyscy będą ją brać za prostytutkę i nikt się nie zatrzyma. Ja mam znajomych w Krakowie, więc od razu wiedziałem, że nie jesteście stąd, ale nie wszyscy myślą podobnie.

Spojrzeliśmy na mój strój. Nie było w nim nic dziwnego, czy wyzywającego – bluzka z krótkim rękawem i szorty. Po paru chwilach przyszło olśnienie – przecież jesteśmy już w kraju islamskim, gdzie nogi kobiety powinny być zakryte co najmniej do kolan. Co prawda, wciąż byliśmy po europejskiej stronie Turcji, gdzie turystki mogą ubierać się dowolnie, jednak ta zasada obowiązuje przede wszystkim w kurortach, İstanbule, czy innych turystycznych miejscowościach. Nie dziwiło nas specjalnie, że ludność w mniejszych miejscowościach posiada bardziej konserwatywne poglądy, tym bardziej, że ja – niska, opalona, o ciemnych oczach i włosach – bardziej przypominałam Turczynkę niż Europejkę.

Czułam się głupio, gdy wysiedliśmy w Kırklareli, ponieważ wciąż byłam w krótkich spodenkach. Żadna kobieta poza mną nie odkrywała tak mocno swojego ciała, nawet młode dziewczyny miały na sobie długie spodnie. Kiedy jednak znaleźliśmy ustronne miejsce, w którym mogłam się przebrać, moje europejskie, feministyczne przekonania wzięły górę. Zaczęłam marudzić i oburzać się, bo niby jakim prawem przy czterdziestu stopniach mam chodzić w długich spodniach?! Konserwatywne poglądy, napotkane już w tej stronie Turcji, wzbudziły we mnie mnóstwo wątpliwości, co do dalszej podróży. Wybieraliśmy się w końcu do wschodniej Turcji i jeśli już tutaj przechodzimy swoiste problemy kulturowe i językowe, to co będzie dalej?

Nasze obawy okazały się śmieszne. Z każdym kolejnym kilometrem odkrywaliśmy turecką gościnność. Nagle, z dnia na dzień, przestała istnieć jakakolwiek bariera językowa, translatory w telefonach komórkowych, rozmówki polsko-tureckie, a przede wszystkim gesty znacznie ułatwiały nam komunikację.

Fot. A. Bartczak

Zaczęliśmy poznawać turecką kulturę i gościnność, czuliśmy się tam bardzo bezpiecznie. Mimo to przeżyliśmy kilka chwil grozy pod Samsun, dokąd zabrał nas przemiły dziadek w ciężarówce, która pamiętała jeszcze czasy odtwarzaczy na kasety. Kabina kierowcy była dość ciasna, przez co nie mogłam zbyt wygodnie usiąść. Zdjęłam więc z ramienia torebkę, aby móc ułożyć się nieco wygodniej. Gdy zaszło Słońce (w czasie naszego pobytu w Turcji panował Ramazan), nasz kierowca zaprosił nas na kolacje do przydrożnej restauracji. Bez zastanowienia wybiegliśmy z samochodu, uradowani, że skosztujemy tureckich przysmaków. Posiłek był bardzo obfity, zaserwowano nam trzy rodzaje mięsa, pieczywo, sałatkę oraz wodę, herbatę i ayran do picia. Pomimo, że İsmet

nie mówił zbyt biegle w żadnym ze znanych nam języków, atmosfera była wspaniała, dyskutowaliśmy wymachując rękami i śmiejąc się z naszych naiwnych obaw, że coś złego może nas spotkać. Najedzeni, w trójkę wróciliśmy do samochodu. Poukładałam poduszki na naszych rzeczach i poszłam spać, bo czekała nas długa droga. Około północy dojechaliśmy do Samsun. Wyskoczyliśmy z tira, zabraliśmy swoje rzeczy, na pożegnanie.İsmet dał nam wizytówkę ze swoim numerem z prośbą, byśmy skontaktowali się z nim, jeśli będziemy w drodze powrotnej w Ankarze.

- Mała, wrzuć tę wizytówkę do tego swojego notesu, żeby się nie zgubiła – powiedział Marek. Sięgnęłam po torebkę…

- Marek, Marek, nie mam jej, została w samochodzie! – wrzasnęłam, zrzuciłam z ramion plecak, usiadłam na nim i zaczęłam ryczeć. – Tam były wszystkie moje dokumenty, paszport, wiza, portfel, telefon. Wszystko!

Nie mogłam się uspokoić. Płakałam tak głośno, że z okolicznych sklepów i mieszkań zaczęli wychodzić ludzie, otoczyli nas. Część z nich była pewna, że to Marek zrobił mi jakąś krzywdę i dlatego się tak strasznie darłam. Po drugiej stronie ulicy zatrąbił czerwony tir. Byłam przekonana, że nasz kierowca zawrócił, gdy zorientował się, że odjechał z moją torebką. Zostawiłam więc swój plecak na ziemi i zaczęłam biec wymachując rękami przez całą ekspresówkę, żeby go zatrzymać. Marek puścił się za mną, żeby mnie zatrzymać. W międzyczasie zadzwonił do İsmeta, ale niestety, gestów przez słuchawkę nie widać, więc jego próba dogadania się spełzła na niczym. Wróciliśmy po mój plecak i zdecydowaliśmy łapać dalej stopa, licząc na to, że może uda nam się dogonić samochód z moją torebką. Po kilku chwilach zatrzymał się Turek z rodziną.

- Dokąd jedziecie? Co się stało? Widziałem Was już tam wcześniej, koło sklepów. Mogę Wam jakoś pomóc – powitał nas po angielsku. – Dlaczego ona tak płacze?

- Może mógłby Pan zadzwonić do naszego przyjaciela, zostawiliśmy u niego torebkę ze wszystkimi dokumentami, a niestety, nie możemy się z nim dogadać. Niech go Pan poprosi, żeby się zatrzymał gdzieś na trasie i poczekał tam na nas.

- Nie ma sprawy, dogadam się z nim, a później Was do niego zawiozę – reakcja Turka była błyskawiczna.

Na mojej twarzy pojawił się uśmiech, ale wciąż nie mogłam dojść do siebie. Cały czas przed oczami miałam wycieczkę do najbliższego konsulatu bez pieniędzy, żeby zdobyć dla mnie nową wizę. A najgorsze było to, że sama wpakowałam nas w tę głupią sytuację.

Wszystko skończyło się dobrze dzięki przytomności Marka i pomocy mieszkańca Samsun. Po odzyskaniu torebki wyjechaliśmy z nim kawałek za miasto, by tam znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg. Szczęśliwi, że udało nam się cało wyjść z opresji poszliśmy spać, gotowi na kolejne przygody.

Turcja każdego dnia zachwycała nas coraz bardziej. Przyzwyczailiśmy się do śpiewów imama rozchodzących się po całym kraju i wszechobecnych flag. Stopowało nam się świetnie, zdarzały się nawet sytuacje, że samochody zatrzymywały się zanim zdążyliśmy podnieść kciuk. Czasami śmialiśmy się, że nie mamy nawet czasu rozprostować kości pomiędzy jedną podwózką a kolejną. Myśleliśmy, że w ten sposób uda nam się przejechać całą Turcję wzdłuż i wszerz, dopóki nie trafiliśmy w góry Kaçkar Dağları, czyli najwyższe pasmo Gór Pontyjskich.

Utknęliśmy. W samym sercu gór, na wysokości około 2000 m. n.p.m. Ku naszemu zdziwieniu trwały tam jakieś roboty ziemne. Liczyliśmy na to, że budowa wzmoże trochę ruch, jednak nic takiego się nie wydarzyło. Po kilku godzinach postoju, znudzeni, machnęliśmy jakiemuś motocykliście, żeby się zatrzymał. Łamanym Tureckim powiedzieliśmy mu dokąd i jak zmierzamy. Ten, zmartwiony, uświadomił nam, że jazda przez góry zajmuje dużo więcej czasu, więc nie ma szans, żebyśmy dojechali do Karsu, (miasta, gdzie czekał na nas nasz host z CouchSurfingu) przed zmrokiem. Obiecał nam jednak pomóc i już po chwili łapał stopa za nas. Niestety, nie przyniosło to żadnych efektów. Okazało się, że to jednak nie koniec jego prób. Zrezygnowany poszedł na plac budowy porozmawiać z pracującymi tam osobami. Ku naszemu zdziwieniu, przyprowadził do nas panów inżynierów mówiących po angielsku i chcących nam pomóc. Zanim zdążyliśmy się zorientować zatrzymali oni białe BMW (?) i przekonali jego kierowcę, żeby zmienił swoją trasę podróży i zabrał nas ze sobą. Nie zdziwiło nas specjalnie, gdy okazało się, że nasz kierowca nie mówi płynnie w innym języku niż turecki. Znał on jednak wszystkie potrzebne zwroty, aby się z nami dogadać. Gdy chciał nam powiedzieć, że coś mu nie przeszkadza, mówił: „no problem”, a żeby poinformować nas na jakiej znajdujemy się wysokości mówił: „everest” i na kierownicy pisał wysokość. Podróż minęła nam w bardzo miłej atmosferze, ucząc się nawzajem nowych zwrotów po turecku, polsku i angielsku, podziwiając przepiękne góry i równiny. Gdy wspięliśmy się na wysokość 2800 m n.p.m. czuliśmy się jak na dachu świata. Majestat przyrody, cisza i pierwotność tych miejsc sprawiły, że baliśmy się odezwać. W Karsie spędziliśmy trzy wspaniałe dni z Halilem, zwiedzając miasto, pobliskie cudne jezioro i ruiny dawnej stolicy Albanii – Ani. Dalej czekała nas podróż do Gruzji, wyczekiwanego celu naszej podróży.

Tbilisi, Kaukaz i piraci drogowi.

Granicę turecko-gruzińską, po nielicznych przygodach, przekroczyliśmy w miasteczku Vale. Na szczęście, trzech Turków, których udało nam się złapać jeszcze po stronie tureckiej, jechało w głąb kraju, więc zostawili nas w pierwszym większym mieście, gdzie mogliśmy zrobić zapasy na dalszą wędrówkę i ewentualnie sprawdzić kurs waluty. Zaopatrzyliśmy się więc w dwa piwa i wagon gruzińskich papierosów bez filtra, następnie zaś ruszyliśmy na wylotówkę w stronę Tbilisi z nadzieją, że pokonamy ponad 200 km do zachodu słońca. Nie udało się, więc rozbiliśmy namiot w pobliżu drogi, którą się poruszaliśmy. W nocy przeżyliśmy pierwszy deszcz od czasu wyjechania z Polski. Pech chciał, że miejsce, na którym spaliśmy po nocnej ulewie stało się wyspą, więc poranek upłynął nam na suszeniu rzeczy. Nie zraziliśmy się i szybko złapaliśmy stopa do samej stolicy Gruzji. Mieliśmy nadzieję, że uda nam się tam skorzystać z gościnności lokalnych CouchSurferów, jednak nikt nie odpowiedział na nasze prośby o nocleg. Mając nadzieję, że do wieczora na pewno ktoś się odezwie, wsiedliśmy do minibusa, by jak najszybciej rozpocząć zwiedzanie miasta. Tam, spotkaliśmy Dominika – Polaka, który od pięciu lat mieszka w Gruzji. Tego dnia wracał akurat z kilkumiesięcznej wyprawy po Kaukazie i Czeczeni. Jego uwagę zwróciła oczywiście nasza rozmowa w języku polskim, z której dowiedział się, że nie do końca wiemy jak dostać się centrum. Udzielił nam kilka porad i zaprowadził nas do hostelu prowadzonego przez jego znajomych, bo może, jeśli nie odezwie się nikt z CouchSurfingu, uda nam się wynegocjować jakąś niższą cenę… Niestety, hostel okazał się być dla nas za drogi. Co prawda mieliśmy trochę „luźnych” pieniędzy na nagłe wypadki, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że ten do nich nie należał. Dominik zauważył, że nie zamierzamy zostawać w hostelu i… poprosił swoją koleżankę, żeby przenocowała nas u siebie, a następnie zarekomendował kilka miejsc w Tbilisi.

Znajoma Dominika okazała się być Amerykanką, która towarzyszyła mu w trakcie ostatniej podróży. Odnalezienie jej mieszkania nie było zbyt łatwe, według Keti, byliśmy jej pierwszymi gośćmi, którzy sobie z tym poradzili. Na miejscu doznaliśmy lekkiego szoku z powodu standardu jej mieszkania. Pierwsze zdziwienie dopadło nas już w windzie – aby pojechać do góry trzeba wrzucić monetę do automatu. Na szczęście w dół jeździ się za darmo. Kolejne nietypowe rozwiązania zaskoczyły nas w łazience – aby odkręcić wodę w kranie trzeba było najpierw przykręcić kurek do ściany, aby spłukać wodę w toalecie musieliśmy używać dzbanka. Największą niespodzianką był jednak prysznic. Żeby móc używać ciepłej wody, trzeba było wejść do wanny w gumowych klapach, odkręcić kurek, włączyć bezpiecznik i modlić się, żeby prąd nie poraził nikogo śmiertelnie. Marek jakoś sobie poradził, ja zrezygnowałam z ciepłego prysznica zaraz po tym, gdy słuchawka wypadła mi z ręki z powodu delikatnego porażenia prądem.

Po przespanej na wygodnym łóżku nocy, wyruszyliśmy dalej zwiedzać Gruzję. Chcieliśmy trafić do Kazbegi, miejscowości położonej u podnóża Kaukazu. Z niemałym zaskoczeniem udało nam się tam dotrzeć dość szybko. Nasz kierowca poczęstował nas mrożoną, waniliową kawą, jednak w czasie jazdy nie był zbyt rozmowny. Dopiero, gdy zatrzymał się w miejscowości, do której jechał, ożywił się i zaprosił nas na kawę do swojego domu. Tam mogliśmy chwilę odpocząć i podziwiać majestat gór z balkonu. Nigdy wcześniej nie czuliśmy tak wyraźnie, że jesteśmy tylko niewielką częścią tego świata, jednak przede wszystkim byliśmy szczęśliwi, że świat stoi przed nami otworem.

Rodziny z dziećmi, grupa studentów, kilku zaprawionych alpinistów i my – tak wyglądał widok ogródka piwnego w centrum Kazbegi. Niby nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że jedynym, wszędzie słyszanym językiem był… polski! Nie przeszkodziło nam to w delektowaniu się lokalnym przysmakiem – chinkali i kremową lemoniadą. W Stepancmindzie (bo tak obecnie nazywa się ta miejscowość) pierwszy raz w życiu mieliśmy okazję zobaczyć lodowiec górski i granicę wiecznego śniegu. Zachwyciliśmy się tam także wspaniałym wodospadem i pomarańczowymi skałami zabarwionymi rudami żelaza.

Wyruszając z Kazbegi nie mieliśmy złudzeń, że wracamy powoli do domu. Przepełnieni satysfakcją, radością i spełnieniem, obróciliśmy się w stronę Polski i wystawiliśmy nasze kciuki. Ku naszemu zaskoczeniu, pierwszymi osobami, które się zatrzymały byli przewodnicy Izraelskiej wycieczki (dwóch Gruzinów i Izraelczyk). Poruszali się oni po Gruzji jeepem, a za nimi podążały dwa kolejne samochody tego typu, w których znajdowali się starsi ludzie, wysłuchujący gruzińskich opowieści i legend przez CB radio. Spotkaliśmy ich dzień wcześniej w trakcie wyprawy w góry i świetnie nam się z nimi rozmawiało, dlatego perspektywa spędzenia z nimi jeszcze kilku godzin bardzo nam się podobała. Jedną z uczestniczek wyprawy była Polka, która urodziła się i wychowała w Warszawie, tam też skończyła liceum i przeżyła getto, po wojnie zaś wyjechała do Izraela. Rozmowa z nią dostarczyła nam wielu emocji. Byliśmy zaskoczeni, gdy zaśpiewała nam hymn Polski. W ten sposób doświadczyliśmy bardzo nietypowej, ale zapadającej w pamięć lekcji historii i patriotyzmu.

Po tej przygodzie, kierowaliśmy się na zachód Gruzji, zahaczając po drodze o miejsce urodzenia Wujka Stalina. Kilkakrotnie ocieraliśmy się o śmierć, w aucie prowadzonym przez największego rajdowca dróg publicznych, z jakim mieliśmy przyjemność jechać (jechał średnio 140 km/h i gdyby nie szerokie pobocze to… zderzyłby się czołowo z radiowozem), a także pijąc gruziński bimber z lokalnymi marynarzami w sklepie spożywczym o 9 rano. Po tych przygodach dotarliśmy do przejścia granicznego w miejscowości Hopa, wciąż cali i zdrowi (nie wliczając skutków ubocznych bimbru, który nie był najlepszy dla naszych żołądków. Nie bez żalu opuściliśmy kraj, którego mieszkańcy byli dla nas bardzo przychylni i z rozczuleniem wspominali Lecha Kaczyńskiego.

Fot. A. Bartczak

Powrót do domu

Pierwszym założeniem powrotu był złapany na stopa prom na Ukrainę i dalej lądem do Polski. Pomysł ten porzuciliśmy po wypiciu samogonu z gruzińskimi marynarzami, którzy potwierdzili nasze obawy – gruzińskie porty nie są zbyt wielkie, cumują tam tylko wielkie tankowce i promy, na które trzeba rezerwować bilety dużo wcześniej, natomiast prawie niemożliwe jest znalezienie tam małych, kilkuosobowych jachtów. Nie mogliśmy sobie pozwolić na czekanie w porcie około dwóch tygodni, ponieważ Marek miał zacząć w Polsce pracę pod koniec sierpnia. Zdecydowaliśmy się więc wrócić do Turcji. Już tego samego dnia dotarliśmy do Trabzonu. Jeden z kierowców podarował nam gaz pieprzowy, tłumacząc, że Turcja jest bezpieczna, ale nie wiadomo, co może się stać, skoro chcemy jeździć stopem także po Polsce. W Stambule znaleźliśmy się kolejnego dnia. Stało się tak, jak podejrzewaliśmy – utknęliśmy na autostradzie wewnątrz miasta. Po długotrwałych próbach złapania czegoś, uratował nas pewien Turek, który słysząc dokąd zmierzamy i skąd jedziemy, ofiarował nam kasę na bilety, byśmy mogli spokojnie wyjechać za miasto. Radości nie było końca, kiedy późnym popołudniem opuściliśmy zatłoczone ulice tego urbanistycznego potwora. Noc zastała nas znów przy drodze, gdzie ponownie mogliśmy doświadczyć tureckiej gościnności. Właściciel ziemi leżącej przy trasie pozwolił nam rozbić namiot w jego ogródku, kazał swojemu psu pilnować nas przez całą noc, a rano przyniósł nam śniadanie, składające się ze świeżo upieczonego chleba i ciasta, pomidorów i melona. Z każdą chwilą coraz bardziej żałowaliśmy, że wracamy już do domu.

Bułgarię przejechaliśmy w jeden dzień. Na bułgarsko-serbskiej granicy spotkaliśmy polską rodzinę wracającą z wakacji. Fakt, że zabrali nas w nocy aż do Belgradu nie przyćmił tego, że było to najgorsze spotkanie z rodakami jakiego doświadczyliśmy. Jedyną osobą, której nie przeszkadzała nasza obecność, był kierowca. To on zaprosił nas do samochodu po tym, jak zobaczył tabliczkę z napisem „Poland”. Nie przewidział niestety tego, że jego żonie i jej koleżance Ani, nie będzie odpowiadać nasza obecność. W dziewięcioosobowym busie jechało pięć osób, więc nie widzieliśmy problemu w tym, żeby zmieścić się z naszymi bagażami. Pasażerki jednak uważały inaczej. Anka twierdząc, że nie ma miejsca, by wygodnie siedzieć, położyła nogi na lodówce turystycznej. Gdy kierowca poprosił ją o podanie z niej Red Bulla, bo w związku z późną porą zasypiał za kierownicą, w odpowiedzi usłyszał:

- Nie mam jak Ci tego sięgnąć, tu jest za mało miejsca! – widocznie Pani Ania wolała, żeby facet zasnął za kierownicą niż się trochę przesunąć. Nauczeni tym doświadczeniem postanowiliśmy nigdy więcej nie liczyć na Polaków za granicą. Na szczęście szybko zapomnieliśmy o niemiłej przygodzie w Serbii, kiedy na granicy z Węgrami, o północy przypadkiem spotkaliśmy Husnu – niezwykle uprzejmego i gościnnego Turka. Ja, owinięta w kaszmirową chustę z Turcji, a Marek, z „tureckim różańcem” w ręce, siedzieliśmy na parkingu przy stacji benzynowej i popijając gorącą herbatę, zastanawialiśmy się, gdzie rozłożyć namiot, by rano skoro świt złapać jakiegoś tira w stronę domu. Nagle słyszymy za sobą dobrze znane „Merhaba!” a następnie pytanie dokąd jedziemy. Po kilkusekundowej wymianie zdań dowiedzieliśmy się, że nasz przyjaciel Husnu jedzie prosto do Polski! Uwierzycie? Oczywiście nie zastanawialiśmy się ani chwili, kiedy zaproponował nam wspólną podróż. Zjedliśmy z nim kolację (znów te cudowne melony i słodki, turecki chleb!) i zapakowaliśmy się do jego ciężarówki. W czasie długiej jazdy zaprzyjaźniliśmy się z naszym ostatnim w tej podróży kierowcą. Gdy Husnu zobaczył, że jesteśmy już dość zmęczeni, rozłożył nam łóżka u siebie w kabinie, przykrył swoją kołdrą i kocem. Kiedy o 7 rano otworzyliśmy oczy, byliśmy w Czechach niedaleko granicy z Polską. Tam zatrzymaliśmy się na śniadanie, które przygotował nam Turek. Składało się ono z tradycyjnej tureckiej herbaty, pomidorów, chleba i frytek smażonych na maszynce turystycznej. Ku naszemu zaskoczeniu, Husnu także uznawał Ramazan, więc nie zjadł z nami. Zabronił nam jednak pomagać w przygotowaniach do posiłku, a także posprzątaniu po jedzeniu. Jeszcze tego samego dnia zawitaliśmy do Opola, do rodziny Marka, gdzie przy cudownym, ciepłym posiłku i w sympatycznej atmosferze oglądaliśmy zdjęcia i wspominaliśmy nasze przygody. Za kilka dni miał skończyć się sierpień, a my, ciesząc się powrotem do domu, nie mogliśmy uwierzyć, że to już koniec naszej wspaniałej wyprawy.

Agata Bartczak

współpraca przy tworzeniu tekstu – Marek Andreasik

zdjęcia pochodzą ze zbiorów prywatnych autorki

Agata Bartczak

Lat 21, urodzona w Bydgoszczy, obecnie studentka gospodarki przestrzennej na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu, z zamiłowania urbanistka i podróżniczka. Swoją przygodę z autostopem rozpoczęła w wieku 17 lat i od tej pory przejechała w ten sposób ponad 22 tys. km (to więcej niż ½ długości równika), zjeździła 23 kraje. W 2014 planuje dotrzeć w podobny sposób do Indii, Laosu i Kambodży.

Tagi: , , , , ,