Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

In the middle of nowhere cz.1

3 kwietnia 2013

 Istnieje przekonanie, że o podróżach powinno pisać się zaraz po powrocie bądź w trakcie ich trwania. W przeciwnym razie, po opowiedzeniu rodzinie i znajomym o tym, co się wydarzyło, wspomnienia staną się jak fotografie i dla głównego bohatera także zaczną stanowić zasłyszaną już gdzieś historię. Po kilku tygodniach, miesiącach, czy może latach możliwe będzie spisanie wyłącznie własnych słów, którymi przedstawiło się niegdyś swoje przygody, wszelkie niuanse po prostu zostaną zapomniane, a odtworzenie ich doprowadzi do swego rodzaju przekłamania, dopowiedzenia czegoś, co w rzeczywistości w ogóle nie miało prawa się wydarzyć.

Trudno dowieść nieomylności tego twierdzenia. Prawdą natomiast jest to, że z podróży nigdy się nie wraca. Podróżnik nie jest bowiem kimś w rodzaju turysty, odwiedzającego poszczególne miejsca, by pozwiedzać, bądź odpocząć w ekskluzywnym hotelu nad brzegiem morza. Stephen King w jednej ze swoich książek napisał, że „wędrówka jest najbardziej wciągającym rodzajem uzależnienia, a każda ukryta droga wiedzie do tuzina innych” (S. King, Roland). Po powrocie, żyjemy jeszcze przez jakiś czas zakończoną już wyprawą, później, nasze myśli krążą już tylko wokół pomysłów i planów na następny wyjazd.

Doskonale pamiętam każdą swoją podróż – zapachy, kolory, wypowiedziane i usłyszane słowa, miny napotkanych ludzi, smaki potraw czy drinków. Doświadczenia nabyte w trakcie pierwszej autostopowej podróży na Bałkany przydają się w trakcie planowania kolejnych wyjazdów. Jak to zazwyczaj bywa, również i ta przygoda rozpoczęła się dość niespodziewanie.

Każda, nawet największa podróż, zaczyna się od postawienia pierwszego kroku

Koniec kwietnia, jeden z bardziej popularnych, bydgoskich pubów. Wraz ze mną przy małym, drewnianym stoliku siedzą trzy osoby – starzy znajomi z harcerstwa. Rozmawiamy, śmiejemy się, pijemy piwo. Trudno przytoczyć konkretne słowa, które wówczas padają z naszych ust. Wiem tylko, że rozmawiamy o swoich planach, o tak zwanym „potem”, wyczekiwanym przez wszystkich maturzystów. Pomiędzy jednym a drugim piwem, fajką i salwą śmiechu, padają słowa, które do tej pory odbijają się echem w mojej głowie. Bo to był chyba właśnie ten decydujący moment , ten, w którym życiowa pasja została odkryta.

- Trzeba przeżyć jakąś przygodę, ja chciałabym pojechać gdzieś autostopem, np. na Bałkany- powiedziała Gośka.

- Jadę z Tobą!- wykrzyknęłam podekscytowana. – Spotkajmy się i obgadajmy szczegóły.

PIerwotna trasa podróży

Teraz, gdy przypomina mi się ten obrazek: półmrok pubu, światło świecy i wszechobecny gwar, myślę, że powinnam wówczas czuć jakieś podekscytowanie, uczucie niemożności usiedzenia w miejscu, które towarzyszy wszelkim spontanicznym pomysłom. Wtedy wzięłam po prostu kolejny łyk piwa, a rozmowa zeszła na kompletnie inny temat.

Pomysł jednak nie umarł i nadszedł moment, w którym postanowiłam porozmawiać o tym z mamą. Przekonana, że nie będzie to zbyt łatwe i przyjemne, nieco zdenerwowana zaczęłam:

- Mamo, jest sprawa. Wyjeżdżam z Gosią po maturze na Bałkany. Chcemy jechać stopem, a noclegi załatwić przez taki portal internetowy, na którym ludzie z całego świata ofiarują swoje kanapy.

Czekam na salwę protestów, krzyki, albo zwykłe stwierdzenie „nie ma mowy”. Nic, cisza.

- A jak zamierzacie jechać? – pyta mama, co trochę zbija mnie z tropu. Przecież przygotowałam już miliard argumentów, żeby nie miała wątpliwości, że muszę jechać, a ona nie protestuje.

- Najpierw do Wrocławia, a później Czechy, Słowacja, Chorwacja, ja chcę dojechać do Grecji, a Gośka chyba bardziej do Rumunii. Musimy jeszcze obgadać szczegóły.

- Hm, bo wiesz, twoja chrzestna mieszka niedaleko Wrocławia, może byś odwiedziła rodzinkę po drodze? – słyszę w odpowiedzi.

Od tego momentu przygotowania do mojego pierwszego, autostopowego wyjazdu za granicę rozpoczęły się pełną parą. Ustaliłyśmy z Gosią trasę, wysłałyśmy kilka zapytań o nocleg na portalu couchsurfing.org i sprawdziłyśmy adresy i telefony do poszczególnych ambasad i konsulatów. W związku z tym, że w 2010 roku wybory prezydenckie przypadały dokładnie w połowie planowanej przez nas podróży, przed samym wyjazdem załatwiłyśmy w Urzędzie Miasta odpowiednie zaświadczenie, by móc głosować za granicą.

Wyruszyłyśmy pod koniec czerwca z pętli autobusowej na Błoniu w Bydgoszczy. Pierwsze cel – Wrocław. Po drodze chcemy jeszcze zahaczyć na kilka godzin do Poznania, żeby złożyć papiery Gosi na studia medyczne. Udaje nam się wyjechać z miasta bez większych komplikacji. Jednak za Szubinem na stacji benzynowej czeka nas niemiła niespodzianka. Niby wszystko jest tak, jak powinno być – widać nas z daleka, samochody nie jadą zbyt szybko, kierowca ma gdzie zjechać, jednak nikt nie zatrzymuje się przez kilka godzin. Do tego pogoda nagle załamuje się i jesteśmy zmuszone wyciągnąć kurki przeciwdeszczowe.

Fot. A. Bartczak

- Świetny początek- myślę i próbuję odgonić myśl o ciepłym mieszkaniu i spokojnych wakacjach nad Bałtykiem. Na szczęście, po jakimś czasie ktoś zatrzymuje się i podrzuca nas kilka kilometrów dalej; później udaje nam się bez większych przestojów łapać kolejne samochody. W Poznaniu spędzamy krótką chwilę biegając wokół Uniwersytetu Medycznego w poszukiwaniu białej sznurowanej teczki i ksera. W końcu komplet dokumentów jest gotowy, składamy go i ruszamy na wylotówkę z miasta. Ruch na Moście Górczyńskim jest ogromny, samochody mijają nas z zawrotną prędkością, robi się już późno, a do Wrocławia pozostał jeszcze kawał drogi. Mamy szczęście, po chwili zatrzymuje się kobieta. Zabieramy się z nią do Głogowa – tam właśnie mieszkają moi chrzestni. Opowiadamy jej o naszej wyprawie i planach na przyszłość. Po kilku godzinach jazdy trudno jest nam się rozstać, żegnamy się i idziemy w stronę Różowego Mostu – symbolu miasta. Niedaleko mieszka moja rodzina. Wizyta jest krótka, ale bardzo radosna, śmiech i rozmowy przerywane są czasem żartobliwym stwierdzeniem mojej cioci:

-Jurek, Ty im zabroń jechać!

Pomimo próśb chrzestnej, wujek odwozi nas na wylotówkę (dwa lata później dokładnie z tego samego miejsca rozpocznę autostopową wyprawę do Gruzji), żegna się z nami, a my zakładamy na siebie ciepłe rzeczy i kurtki i wyciągamy tabliczkę z napisem „Wrocław”. Zaczyna się ściemniać, ale wciąż mamy nadzieję, że uda nam się dojechać jeszcze tego dnia do naszych pierwszych hostów – Adama i Ewy.

Kierowca, który zabiera nas prosto do Wrocławia okazuje się być bardzo specyficzną osobą. Z głośników w jego samochodzie dostawczym rozbrzmiewa poezja śpiewana, ale nasz Crazy Driver jak ochrzciłyśmy go później, nie potrafi wypowiedzieć nawet jednego zdania bez salwy przekleństw. W dodatku bardzo się spieszy, więc jedzie z niesamowitą prędkością, nie zważając na dziury w nawierzchni czy innych uczestników ruchu. Przed samym Wrocławiem przejeżdża nielegalnie przez budowę, później podjeżdża na chwilę do domu, by zostawić kilka litrów przemyconego spirytusu, po czym klnąc zawozi nas do centrum miasta. Tam bez większego zastanowienia wsiadamy w jakiś tramwaj, na szczęście jedzie on w dobrą stronę. Krótko po północy zjawiamy się w mieszkaniu Adama i Ewy. Planujemy następnego dnia wstać wcześnie rano, żeby móc iść jeszcze na spokojnie pozwiedzać Stare Miasto, jednak nasi gospodarze okazują się być tak interesującymi ludźmi, że prawie do czwartej nad ranem zajadamy się naleśnikami z czekoladą i opowiadamy przeróżne historie.

Budzik dzwoni chwilę po tym, gdy położyliśmy się spać. Odkładamy ambitne plany zwiedzania na popołudnie. Świat przecież nie ucieknie, a dużo przyjemniej odkrywa się go będąc wyspanym. Nie zależy nam specjalnie na jakimś harmonogramie i wypełnieniu go co do godziny. Nasz czas jest bowiem ograniczony tylko zasobami naszego portfela, a te od leżenia w łóżku na pewno za bardzo się nie skurczą.

Adam oprowadza nas po Wrocławiu, witamy się ze wszystkimi krasnalami, robimy mnóstwo zdjęć. Gdy chcemy wejść na wieżę widokową spotyka nas zabawna sytuacja – pani kasjerka wpuszcza mnie za darmo, bo wydaje jej się, że jestem córką Gosi i Adama. W sumie co innego można pomyśleć widząc kogoś, kto ledwo przekracza 150 cm wzrostu? Na pewno nie to, że właśnie rozpoczął autostopową podróż na Bałkany. Do końca wyjazdu wielu kierowców będzie pytać mnie, czy jestem młodszą siostrą Małgorzaty i czy nie uciekłam z domu.

Fot. M. Kołosowska

Z Wrocławia wyjeżdżamy jeszcze tego samego dnia późnym popołudniem. Naszym kolejnym celem jest Złotoryja (gdzie także zamierzamy odwiedzić moją rodzinę – taki był w końcu warunek podstawiony przez moją mamę przed wyjazdem). Pierwszy odcinek drogi udaje nam się jakoś pokonać. Zatrzymuje się grupa młodych ludzi, która specjalnie zmienia trasę, by móc nas chociaż kawałek podwieźć. Później wsiadamy do samochodu, gdzie siedzą już trzej młodzi mężczyźni. Przyznają nam, że są pod wrażeniem naszych planów, jednak dziwią się, że chcemy tak ryzykować. Kierowca, który kompletnie nie może zrozumieć sposobu, w jaki podróżujemy, pyta nas:

- A co jeśli nie uda Wam się gdzieś dojechać? Przecież ze stopem to różnie bywa. Co wtedy, macie namiot, żeby spać na ulicy? A jak ktoś Was okradnie albo gdzieś wywiezie to co? Zastanówcie się, jeszcze mogę Was zawieźć na dworzec kolejowy i sobie spokojnie wrócicie do domu.

Nie udaje nam się wytłumaczyć, że w gruncie rzeczy to autostop jest naszym zdaniem całkiem bezpieczny i że przecież właśnie dlatego tak jedziemy, żeby nie było spokojnie, a z przygodami. Widząc, że dalsza dyskusja nie ma sensu, zmieniamy temat. Dojeżdżamy z panami do Złotoryi i obiecujemy im nie pakować się na siłę w kłopoty.

Zbyt wiele wrażeń jak na jedną noc

Fot. M. KołosowskaPo obiedzie u mojej rodziny wyruszamy w stronę Jeleniej Góry. Jeździmy trochę na raty, od wioski do wioski, ale przez to udaje nam się poznać wiele interesujących osób. Zatrzymują się przede wszystkimi mężczyźni. Nie przejmują się naszym młodym wiekiem i zaczynają z nami rozmawiać na różne, czasem bardzo poważne tematy. Na moment stajemy się ich powierniczkami, opowiadają nam o rzeczach, o których nie wiedzą nawet ich najbliżsi: o tym, jak bardzo bolała ich zdrada, czy odejście kobiety, o tym jak trudno było im wyjść z choroby alkoholowej i jak bardzo żałują, że nie mają przez to kontaktu ze swoimi dziećmi, o tym, dlaczego postanowili wyjechać z kraju i układać sobie życie za granicą, czy wreszcie o tym, że zazdroszczą nam odważnych decyzji i chęci przeżycia przygody. Za każdym razem trudno jest wysiąść, pożegnać się, zatrzasnąć drzwi. Jeszcze chwilę wcześniej kierowca opowiadał nam o sobie wszystko, a teraz została tylko świadomość, że już pewnie nigdy w życiu się nie zobaczymy. Jeden z kierowców, nie chcą przerywać rozmowy, zawiózł nas aż za czeską granicę. Przeszłyśmy kilka kroków do najbliższego przystanku autobusowego i przygotowałyśmy sobie kolację. Miałyśmy jeszcze sporo drogi do przebycia, a w związku z tym, że wybrałyśmy trasę przez góry, zmrok przychodził dużo szybciej. Nie zabrałyśmy ze sobą namiotu czy karimat, dlatego zdecydowałyśmy się łapać stopa w nocy. Zadzwoniłyśmy do Davida, u którego miałyśmy nocować w Pradze, że prawdopodobnie nie uda nam się do niego dotrzeć. Czyżby trzej panowie, którzy tak sceptycznie podchodzili do naszego pomysłu, mieli rację?

Zanim zapadła kompletna ciemność zauważył nas jakiś młody Czech, który podrzucił nas kawałek do najbliższego miasteczka. Znalazłyśmy tam jakiś otwarty sklep i kupiłyśmy czekoladę, następnie ruszyłyśmy pieszo w stronę wylotówki. Po kilku krokach znów zatrzymał się ktoś, kto zabrał nas kawałek dalej. Około północy zmęczone i zmarznięte usiadłyśmy na plecakach na poboczu. Oddałam Gosi swoją kurtkę i wyciągnęłam z plecaka ostatni sweter. Przykryte śpiworem czekałyśmy aż rozpocznie się jakiś ruch na drodze. Po godzinie zauważyłam nadjeżdżającą ciężarówkę. Pomachałam, żeby się zatrzymała. Kierowca był podstarzałym Czechem i trudno było nam się z nim dogadać. Ustaliliśmy tylko tyle, że jedziemy do Pragi i przekonane, że on także wsiadłyśmy do kabiny. Po przejechaniu niewielkiego odcinka, wjechaliśmy na autostradę w stronę Pragi- odetchnęłyśmy z ulgą. W pewnym momencie kierowca zatrzymał się przed zjazdem do jakieś mniejszej miejscowości i… kazał nam wysiadać. Środek nocy, środek autostrady, ciemno i zimno. Wyskoczyłyśmy z ciężarówki i rozejrzałyśmy się w poszukiwaniu jakiejś stacji benzynowej. Nic, tylko znak, że takowa będzie, ale za jakieś 4 kilometry. Spojrzałyśmy po sobie – tak, czeka nas dłuższy spacer. Za każdym razem, gdy przejeżdżał jakiś większy samochód, łapałam się za barierkę. Byłam bardziej zrezygnowana niż zmęczona. Pomyślałam przez chwilę o tym, by wrócić, ale nie odważyłam się o tym powiedzieć Gosi.

Udało nam się w końcu dotrzeć na stację. Chciałyśmy się trochę ogrzać i poczekać na niej do rana, jednak pani ekspedientka wygoniła nas na dwór. Rzuciłyśmy więc pleckami na pas pomiędzy głównym pasem autostrady, a zjazdem na stację. Poprosiłam Gosię, żeby robiła zdjęcia, bo może ktoś dostrzeże flesz i się zatrzyma. Zaczynało już robić się jasno, więc było pewnie krótko po czwartej, gdy niespodziewanie, od strony stacji benzynowej podszedł do nas jakiś chłopak. Ubrany był w luźne jeansy i granatową kurtkę, na głowie miał wielki beret, spod której wystawały dready. Zaczął mówić do nas bardzo szybko po czesku, ale po chwili zorientował się, że go nie rozumiemy. Powiedziałyśmy mu, że jesteśmy z Polski, a on uradowany stwierdził:

-Ach, Polki, Polski, miałem babcie Polkę. Głupie Polki, co Wy tu robicie? Jedziecie autostopem?

Opowiedziałyśmy mu całą historię, mając nadzieję, że usłyszymy po chwili, że jego samochód jest na stacji benzynowej, a on jedzie prosto do Pragi. Jednak w odpowiedzi Lucas, bo tak nazywał się nasz nowy znajomy, zabrał mój plecak i machnął ręką, dając znak, że mamy iść za nim. Szybko pokonaliśmy kilka pasów autostrady, przeskoczyliśmy przez barierkę i zbiegliśmy ze skarpy. Po kilkuset metrach, znaleźliśmy się w pobliskim miasteczku. Było już zupełnie jasno, a my kompletnie zdezorientowane szłyśmy za chłopakiem, który jak gdyby nigdy nic spacerował z moim plecakiem na plecach. W końcu zatrzymał się i powiedział do nas:

- Słuchajcie, jest ranek, a łapanie stopa na autostradzie jest nielegalne. Idziemy teraz do mnie do domu, tam się trochę prześpimy, a później odwiozę Was na autobus do Pragi.

Po chwili byłyśmy już w jego mieszkaniu. Kilka pokoi, kuchnia i łazienka. Wszystkie pomieszczenia były bardzo zagracone. Lucas przygotował nam miejsce do spania w pokoju, które ściany pomalowane były w fantazyjne wzory. Później dowiedziałyśmy się, że podobny efekt można uzyskać wycinając z gąbki model, malując go farbą i odciskając na ścianie. Ciekawość wzięła górę nad zmęczeniem i zdecydowałyśmy się nie kłaść spać. Obejrzałyśmy dokładnie całe mieszkanie, a Lucas w tym czasie zrobił nam kawę. Usiedliśmy razem w salonie. Nasz nowy przyjaciel zaczął opowiadać nam swoją smutną, ale ujmująca historię. Okazało się, że pomimo młodego wieku jest już ojcem, ale swojej córki Tereski, nie wiedział już jakiś czas. Jej matka ograniczyła im kontakty i wyprowadziła się do rodziców. Lucas pokazał nam jej pokój i podarował każdej z nas po jeden pluszowej zabawce córki; ja dostałam małego, niebieskiego dinozaura.

Młody Czech okazał się jednak być dużo bardziej skomplikowaną osobą, niż mogłoby się wydawać na początku. W trakcie rozmowy w jego salonie, chłopak w pewnym momencie wyjął z kieszeni mały woreczek. Jego zawartość wysypał na łyżeczkę, po czym podgrzał całość na turystycznym palniku stojącym na stoliku do kawy, następnie przelał to do strzykawki. Spojrzał na nas niepewnie i zapytał, czy też mamy ochotę spróbować, bo poczujemy się dzięki temu mniej zmęczone. Odmówiłyśmy. Posiedziałyśmy z nim jeszcze przez chwilę, po czym, nie wiedząc tak do końca, co powinnyśmy zrobić, położyłyśmy się spać. Gdy się obudziłyśmy, Lucasa nie było w mieszkaniu, na stoliku w salonie leżał jego telefon. Po chwili włączył się ustawiony przez chłopaka budzik. Obok komórki leżała kartka z kilkoma instrukcjami i klucze do mieszkania. Zgodnie z prośbą naszego czeskiego kolegi skorzystałyśmy z łazienki, zrobiłyśmy sobie coś do picia i zjadłyśmy przygotowane przez niego śniadanie. Byłam trochę zdezorientowana, gdy przypomniałam sobie, że mimo całej serdeczności i uprzejmości, jaką nam okazywano, jesteśmy, mówiąc potocznie, w domu ćpuna. Spakowałyśmy plecaki i chwilę po tym zadzwonił domofon- to Lucas wrócił po nas zgodnie z informacją, jaką przeczytałyśmy w krótkim liście od niego. Wzięłyśmy więc klucze, zamknęłyśmy mieszkanie i zeszłyśmy przed blok. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do miasta. Najpierw mieliśmy załatwić kilka spraw naszego czeskiego kumpla, a ja chciałam znaleźć kantor i wymienić pieniądze. Lucas odwiózł nas na dworzec autobusowy, a w związku z tym, że jedyny bank znajdujący się w tej niewielkiej mieścinie był zamknięty, podarował nam 400 koron i wpakował do autokaru jadącego do Pragi.

Trudno było mi uwierzyć w to wszystko, co działo się w ciągu ostatnich kilkunastu godzin. Gdy się żegnaliśmy, Lucas nie wyglądał najlepiej. Rano, kiedy zrobiło się cieplej i chłopak nie miał na sobie kurtki a zwykłą bluzę, widać było, jak bardzo jego organizm wykończony jest przez nałóg. Zrobiło mi się niesamowicie przykro, że nie mogę zrobić nic dla kogoś, kto okazał mi tyle ciepła. Zadziwiające – facet mający wiele problemów, który według wszelkich stereotypów powinien nas przynajmniej okraść, pomógł nam bez chwili zastanowienia. Chwilę przed odjazdem dał nam kartkę ze swoim adresem i numerem telefonu i obiecał, że jeśli będziemy potrzebować gdzieś w Czechach pomocy, to mamy zadzwonić, a on wytłumaczy naszemu rozmówcy jaki mamy problem. Później poprosił nas, żebyśmy w drodze powrotnej do Polski odwiedziły go i stwierdził nawet, że być może będzie miał chwilę czasu i chętnie pojedzie z nami na kilka dni do naszego kraju. Oczywiście powiedziałyśmy, że z pewnością jeszcze do niego zajedziemy. Wiedziałam jednak już wtedy, że na pewno tu nie wrócimy i że prawdopodobnie nigdy więcej się nie spotkamy. Bałam się, że gdy do niego przyjedziemy, będzie w dużo gorszym stanie, a chciałam pamiętać go takim, jak tej nocy, gdy podszedł do nas na autostradzie – uśmiechniętego i beztroskiego. Nawet teraz, po prawie trzech latach od tego spotkania, czasami zastanawiam się, co się z nim stało, czy w ogóle jeszcze żyje, czy nałóg już go wykończył. Uśmiecham się, patrząc na mojego niebieskiego dinozaura – dobrze jest spotykać na swojej drodze takich ludzi jak Lucas, można się od nich wiele nauczyć.

W Pradze spędzamy dosłownie chwilę – tyle, żeby obejrzeć najważniejsze punkty miasta i przejechać się metrem. Tutaj dostaję też pierwszą lekcję, która zmieni moje podejście do nauki języków obcych – potrzebujesz czegoś, to musisz się dogadać, nieważne jak to zrobisz, ważne, żeby komunikat był czytelny. Żeby kupić bilet na metro musimy rozmienić pieniądze, bo automat nie przyjmuje banknotów. Proszę Gośkę, która zawsze radziła sobie świetnie z komunikacją w języku obcym, żeby się tym zajęła.

- Daj spokój, idź do kogoś rozmienić tę kasę, byle szybko – zdumiona staram się przyjąć do wiadomości, że tym razem kumpela za bardzo mi nie pomoże. Podchodzę więc do pierwszego chłopaka, którego zauważam i proszę o pomoc, tłumaczę, że bilet, że drobne, że potrzebuję. Jakoś udaje nam się dogadać. To chyba pierwsze słowa po angielsku wypowiedziane przeze mnie w innym celu niż zadowolenie nauczyciela, czy zdobycie dobrej oceny. Jestem lekko w szoku, ale udaje mi się załatwić to, czego chciałam.

Wyjeżdżamy metrem na przedmieście i próbujemy łapać stopa dalej w kierunku Wiednia. Dość szybko udaje nam się dotrzeć do Brna, stamtąd zabiera nas koleś wyglądający na hydraulika. Jedziemy z nim do Mikulova, małego miasteczka położonego niedaleko granicy czesko-austriackiej. A tam, jak na złość, przebudowa drogi – pas ruchu i pobocze rozdzielała dość szeroka wyrwa, w dodatku samochody stoją w korku. W tej sytuacji nie mamy co liczyć na to, że ktoś zjedzie na bok i nas ze sobą zabierze. Decydujemy się więc przejść wzdłuż samochodów z kartonową tabliczką, może akurat ktoś otworzy okno i krzyknie, żebyśmy szybko wsiadały? „Cholera, to się nie uda, po co pchamy się dalej skoro od samego początku ta podróż jest przeciwko nam?”

Fot. A. Bartczak

cdn.

zdjęcia pochodzą ze zbiorów prywatnych autorki

Agata Bartczak

Lat 21, urodzona w Bydgoszczy, obecnie studentka gospodarki przestrzennej na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu, z zamiłowania urbanistka i podróżniczka. Swoją przygodę z autostopem rozpoczęła w wieku 17 lat i od tej pory przejechała w ten sposób ponad 22 tys. km (to więcej niż ½ długości równika), zjeździła 23 kraje. W 2014 planuje dotrzeć w podobny sposób do Indii, Laosu i Kambodży.

Tagi: , , , , , , , , , , , ,