Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Każda ulica ma dwa końce

15 maja 2013

Fot. A. Teliżyn

Od ubiegłego piątku (tj. 26 kwietnia) ulica Paderewskiego w Poznaniu cierpi na oficjalną schizofrenię. Od początku lat 90 kierunek jej przekształceń wyznacza wieńczący ją od strony al. Marcinkowskiego Bazar – swego czasu największa poznańska kamienica. W XIX wieku mieścił się tu choćby Bank Włościański czy Kasyno Towarzyskie oraz hotel. Po okresie upadku i upaństwowienia Bazar odzyskuje powoli dawną świetność: obok konsulatu USA zmieściło się tam nawet Polskie Towarzystwo Ziemiańskie. Po latach remontów otwarto także sklepy, restaurację i kawiarnię. Wszystko najwyższej jakości i w takowej cenie.

Unoszący się nad ulicą zdrowy duch rewitalizacyjnej przyszłości podgryzany jest od jakiegoś czasu przez nowotwór innej, opuszczonej kamienicy, umiejscowionej na przeciwległym końcu arterii. Szkodnik ujawnił się ostatecznie piątkowym popołudniem. Teoretycznie grożący zawaleniem budynek, a od lat praktyczny przyrynkowy słup ogłoszeniowy, mieści od niedawna w swoich murach zmaterializowany wyraz wspomnianej schizofrenii, raka na zdrowej tkance miasta: nowy skłot.

Bazar wydaje się symbolem i uwieńczeniem gentryfikacyjnego kierunku rozwoju ulicy Paderewskiego: ceny oferowanych w tamtejszych sklepach ubrań, biżuterii oraz dań w restauracjach sprawiają, że przeciętny poznaniak traktuje tę ulicę bardziej jako korytarz tranzytowy, niż interesującą dlań część miasta. Granica dostępu wyznaczona została przez drzwi kancelarii i sklepów. Miejsca te pozostają oddzielone niewidzialną, choć wyczuwalną barierą grubości portfela. Proces zamykania dla mieszkańców kolejnych części miasta, który władze miasta nazywają rewitalizacją, oznacza po prostu tworzenie atrakcyjnych miejsc dla nowych banków i salonów jubilerskich. Miasto formuje się na kształt ładnie zapakowanego prezentu. Jednak wyłącznie nieliczni posiadają nożyczki, by porozcinać kokardki, a porozrywać papieru nie wolno, bo nas samych zapakują – do radiowozu.

Fot. A. Teliżyn

Fot. A. Teliżyn

Skłot z kolei, choć na plakatach również widzimy kłódkę i zamek, kieruje się zupełnie inną polityką: otwórz Poznań. Już sama nazwa inicjatywy – Od:zysk – sugeruje, że wcześniej coś zostało mieszkańcom miasta odebrane. Jak piszą w swoim manifeście założyciele: „To próba odzyskania przestrzeni, jakich niewiele w Poznaniu, dalekiej w swoim funkcjonowaniu od podejścia, w którym wszystko musi przynosić zysk. Jako kolektyw otwarty na współpracę z innymi grupami i mieszkańcami przejmujemy oraz uspołeczniamy przestrzeń tej zdewastowanej kamienicy. Odbudowujemy ją pod względem społecznym, nadając jej charakter dobra wspólnego. Będziemy prowadzić działalność skierowaną na wzbudzanie wrażliwości społecznej i ekologicznej, edukację i kulturę”. Przykładem dużo starszego Rozbratu, skłotersi utworzą tu tzw. rowerownię i salę kinowa, a pusta przestrzeń zagospodarowana zostanie na potrzeby wystaw, spotkań i warsztatów.

Obydwa budynki – Bazar i skłot – przy jednej ulicy i jednym prawem stoją. Właściciele Bazaru odzyskali swoją własność zagrabioną przez państwo, skłotersi odzyskali kamienicę dla miasta. Jednych i drugich paradoksalnie chroni prawo własności. Skłotersów wyprosić może tylko właściciel z sądowym nakazem eksmisji w ręku. Zarządca jednak wyparował wiele lat temu, a prawo chroni jego własność. Miejski nadzór budowlany może nakazać właścicielowi remont budynku, ale sprawa skończyłaby się podobnie, jak wszelkie pozwy przeciwko Bogu: nie wiadomo, gdzie wysłać dokumenty. Polecenia napraw nie można też wydać nowym lokatorom kamienicy, ponieważ nie są stroną w sprawie. Policja z kolei nie ma prawa interweniować, gdyż wezwać ją może wyłącznie właściciel. Chroniące posiadacza prawo działa w rezultacie na niekorzyść mieszkańców miasta. Z jednej strony pozwala na powstawanie niedostępnych dla nich sklepów i restauracji, z drugiej strony – uniemożliwia legalne zadbanie o rozpadające się budynki.

Pozostaje jedno, aczkolwiek ważne pytanie: kto w tej perspektywie gra w drużynie anarchistów? Jeżeli sięgnąć do źródłosłowu, an-arche-ista to ktoś, kto występuje przeciw zasadzie. W mieście będzie to chyba zasada wspólnego dobra. Co zaś czynią władze miasta? Tworzą Poznań dla wybranych. Skłotersi wzięli więc sprawy w swoje ręce i pod osłoną prawa organizują przestrzeń starówki po swojemu. W okolicach poznańskiego Starego Rynku, gdzie na jeden zabytek przypadają przynajmniej dwie restauracje i jeden klub go-go, kwitnie obżarstwo, kipi ruja i poróbstwo, brakowało punktu, który rozbiłby jednostajny szereg szyldów międzynarodowych spółek. Rolę owego antykapitalistycznego tarana świetnie spełnia nowy skłot. Jego pojawienie się na jednolitej tkance nowobogackiego biznesu i luksusu – bo tak starówkę chcieliby widzieć włodarze miasta – nadwątla spójność tego projektu. Wskazuje, że właścicielami miasta nie są przedsiębiorcy, lecz jego mieszkańcy. Anarchiści, może dlatego że poznańscy, grają tym razem zgodnie z zasadami. Same zyski, choć z odzysku.

Fot. A. Teliżyn

Fot. A. Teliżyn

 

Jakub Misun

Student IV roku filologii polskiej w ramach MISH na UAM w Poznaniu. Czytacz, pisacz, krytykacz.