Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Na zielonej Ukrainie: opowieści A. Bartczak i K. Mątewskiego

5 stycznia 2013

DSC_0151

Fot. A. Teliżyn

Kilka miesięcy temu pojechaliście na Ukrainę. Pomysł był wspólny, jednak pojechaliście osobno: Agata w czerwcu, Karol w sierpniu. Skąd projekt takiej wycieczki? Czemu na Ukrainę? Jak to się stało?

AB: Po rozmowie ze znajomymi, z którymi już wcześniej jeździliśmy, np. na żagle, stwierdziliśmy, że można by zrobić jakiś wypad za granicę w wakacje. Po czym każdy po kolei zaczął się wyłamywać i dlatego nie pojechaliśmy razem. W końcu: ile rzeczy można robić razem? Mój wyjazd był spontaniczny, zdecydowałam się z dnia na dzień, a że akurat trafiła się okazja, by pojechać w to miejsce, które chciała odwiedzić – na Ukrainę, to pojechałam.

Jak to było z Twoim samotnym wyjazdem, Karolu?

KM: Muszę tu przytaknąć Agacie: na początku rzeczywiście miałem jechać zupełnie sam. Ukraina ciągnęła mnie już od jakiegoś czasu, zawsze uwielbiałem Stepy akermańskie Mickiewicza i twierdziłem, że jest to fantastyczny kraj. W pierwszej chwili miał to być wyjazd na Krym, który jednak nie doszedł do skutku, natomiast wybór padł na Ukrainę, bo blisko i tanio, malowniczo i kontrastowo. Pojechałem z kolegą.

Podróżowałaś autostopem?

AB: Zazwyczaj jeżdżę stopem. Jednak po samej Ukrainie przemieszczałyśmy się pociągami, było to dość tanie i fajne przeżycie. Stopem jechałyśmy przez Polskę, bo pociągi w Polsce jeżdżą jakby chciały, a nie mogły. W czerwcu trudno zresztą dotrzeć koleją do Przemyśla, więc trzeba było szukać innej drogi. Poza tym koleżanka, która organizowała wyjazd, zakładała, że będzie on autostopowy. Podróżowanie stopem jest o tyle fajne, że zawsze można poznać fajnych ludzi, nawet jak się jeździ parę razy w to samo miejsce, to sam wyjazd będzie za każdym razem inny, troszkę ciekawszy.

Ile czasu zajęła ci droga z Poznania na Ukrainę?

AB: Dwa dni. Jak wyjechałam z Poznania w sobotę rano o godzinie 10:00, todo Warszawy dotarłam z koleżanką jakoś wieczorem. Tam się przespałyśmy, a dzień później wyjeżdżałyśmy do samego Lwowa, gdzie byłyśmy około godziny 14:00. W tą stronę bardzo krótko stałyśmy na granicy, więc byłam bardzo zadowolona, że tak się udało. Powrotna droga była bardziej masakryczna, sama granica zajęła ze trzy godziny.

Karol, a ty w jaki sposób dostałeś się za granicę? Też autostopem?

Nie, ja na Ukrainę dojechałem pociągiem. Wyjechałem wieczorem z Poznania, całą noc jechałem w towarzystwie Siwego i Łysego – bardzo fajni ludzie, który cały czas pytali mnie, czy mam wódkę – aż dojechałem do Przemyśla, gdzie przesiadłem się w marszrutkę do Medyki, do przejścia granicznego. Granicę przeszedłem bardzo, bardzo szybko. Natomiast autostopem jeździłem już w samej Ukrainie, ze względów oszczędnościowych, jak zaczęło nam brakować pieniędzy na bilety.

Próbowaliśmy przejechać z Kijowa do Lwowa i tu historia jest dość ciekawa.

Po wielu autostopowych przesiadkach znaleźliśmy się jakiejś „koziej dupie”, skąd do Lwowa mogliśmy dostać się w dwojaki sposób. Komunikacją miejską dojechaliśmy do dworca kolejowego, gdzie dowiedzieliśmy się, że mogą być problemy z rezerwacją, a wcześniej odjeżdża autobus. Byliśmy już zmęczeni (był to dzień po grubej imprezie, ja spałem trzy godziny, Michał godzinę), więc pojechaliśmy na dworzec autobusowy, który oczywiście śmierdział i biegali po nim ludzie psychicznie chorzy. Pytam „O której odjeżdża autobus do Lwowa?”, słyszę „Dwacet tricet”, co ja uznałem za „23:00”. Wydawało mi się, że nasz opiekun mówił o 22:00, a to trochę później, ale uznałem, że to w końcu Ukraina i wszystko się może zdarzyć. Godzina 22:55, idę na autobus, a oni mi mówią „Dwacet tricet”, to myślę: ok, o 23:00 na pewno będzie. Kwadrans po 23:00 straciłem cierpliwość, poszedłem do kasy jeszcze raz i jeszcze raz usłyszałem „Dwacet tricet”. Mówię „Kurde o co im chodzi, napisz mi to babo” jakimś moim łamanym rosyjskim, a ona mi odpisuje. Rzeczywiście „dwacet tricet” – 2:30. Tak więc, prawie nocowaliśmy na tym dworcu autobusowym – przeciekawe zjawisko. Co tam się nie działo? Była policja, karetka nawet raz przyjechała. Historia kończy się tak, że około 6:00 rano dojechaliśmy do Lwowa.

A ty, Agato poznałaś jakichś ciekawych, intrygujących kierowców po drodze?

AB: Całą masę. Był na przykład kierowca tira, który zabrał całą naszą czwórkę, co było dla mnie dość niespotykane. Mógł mieć z tego powodu spore problemy i dużo pieniędzy by stracił za mandat. Miał też ciężką fazę na Chińczyków: uważał, że wszystko, co chińskie jest „be”, a z drugiej strony ich produkty nas zalewają. Opowiadał, jak wiózł kiedyś ładunek z portu w Gdyni do Rzeszowa i tam jego ciężarówka nie mogła przejechać przez bramkę, wykrywającą napromieniowanie, dlatego, że płytki łazienkowe, które wiózł były napromieniowane o jakąś setną za dużo.

Pierwsze wrażenie na Ukrainie: przekraczacie granicę i co? Od samego początku odczuliście, że jesteście w innym państwie, za wschodnią granicą?

AB: Powiem szczerze, że pomiędzy wschodnią Polską a Ukrainą nie ma zupełnie różnicy. Dla mnie szokiem było jak dojechaliśmy w okolice Przemyśla i idę sobie po ulicy, normalnie, z torebką na ramieniu, i zatrzymuje mnie kobieta i mówi: „Torebkę tu przy sobie trzymaj, tu – przy brzuchu, bo inaczej Cię okradną”. I to było takie zwyczajne, szare miasto: fabryki z powybijanymi szybami, jedno ciekawe graffiti. A na Ukrainie wygląda to bardzo podobnie. Zresztą jak zaczęłam jeździć do Świerczewa do pracy, okazało się, że tam też można spotkać takie domki, kozy.

KM: Zgodzę się z Agatą, że ta zmiana postępuje stopniowo. Nie do końca jest tak, że przekraczamy granicę i trach: wszystko jest inne. W Polsce wygląda podobnie. Że zaczęła się Ukraina widać natomiast chociażby po stanie dróg. U nas, mimo że narzekamy na drogi jakie by one nie były, to jednak są to drogi. Na Ukrainie wygląda tak, jakby ktoś szedł artystycznie ze szpachelką: machniemy tu trochę asfaltu, o a tu trochę więcej, tu trochę mniej, a tu w ogóle nie wrzucimy i zrobimy buźkę elegancką. Widać to też po tym (byłem bardzo zdziwiony jak jechałem marszrutką z granicy do Lwowa), że obrazów wozu zaprzęgniętego w konie, albo ludzi ciągnących wóz po ulicach jest znacznie więcej. Jechałem samochodem od samej granicy jakieś 30 km z Ukraińcem (ten samochód też miał zbitą przednią szybę) i było widać pewną różnicę na drodze i w ilości zwierząt na niej.

Czyli można powiedzieć, że mit biednej, zacofanej Ukrainy z zaniedbanymi drogami to rzeczywistość?

KM: Biednej na pewno, zacofanej także.

AB: Ale w Polsce niektóre wioski też są biedne i zaniedbane. Z kolei już sama Odessa to wręcz zachodnie miasto, bardzo bogate, może dlatego, że jest bardziej rosyjskie niż ukraińskie.

KM: Lwów był bardzo pięknym miastem z wieloma pięknymi freskami. Kojarzę jedno wejście do piekarni, malowane, jeszcze przedwojenne, i były na nim napisy w języku polskim i żydowskim. Lwów był w końcu polskim miastem, a drugą mniejszością byli właśnie Żydzi. Natomiast jest to wszystko bardzo nieodbudowane, zniszczone. Wygląda trochę miasta w Polsce, np. Bydgoszcz kilkadziesiąt lat temu: ładna, secesyjna, ale wszystko się porozpadało.

DSC_0613 (1024x687)

Fot. A. Teliżyn

Mówiłeś o problemie ze zrozumieniem godziny na dworcu: 23:00 czy 2:30. Mieliście jakieś inne kłopoty z językiem?

KM: Ukraińcy nie znają w większości takich języków jak angielski czy niemiecki. Miałem to szczęście, podobnie jak Agata, że ludzie, z którymi się spotykałem znali język angielski i w tym języku się porozumiewaliśmy. Natomiast na ulicy, nawet młodzi ludzie mają z tym problem. Na przykład na dworcu, o którym opowiadałem podchodziliśmy do nich i pytaliśmy: „Do you speak english?”, Oni odpowiadali: „Eeee, niet”.

Spotkały was jakieś zabawne sytuacje związane z językiem ukraińskim?

AB: Jednego dnia wracałam w Odessie z plaży i postanowiłyśmy wraz z dziewczynami usiąść na murku. Przyszedł do nas facet, taki pijaczek, i powiedział coś, że mamy tam nie siadać, bo on tam „pisać”. Jedna z moich koleżanek, bardziej obeznana z językiem wytłumaczyła nam, że ten facet sika zwykle na ów murek.

KM: Przypomniała mi się jeszcze taka anegdotka językowa. Przychodzi Polak taki skonfundowany, bo w pociągu pytali czy chce bilet z bielizną czy bez. I Polak nie wie, o co chodzi. A w języku ukraińskim „bielizna” oznacza „pościel”. Kultura jazdy pociągami na Ukrainie jest zupełnie inna niż w Polsce, zazwyczaj w cenę biletu jest wpisany ręcznik i świeża pościel, ponieważ w pociągach ukraińskich się śpi.

AB: Można także imprezować, jak my to robiłyśmy, z pasażerami, którzy nam postawili obiad, później inni dali nam ciasteczka. Wracałyśmy z Odessy do Lwowa pierwszą klasą, bo nie można było kupić innych biletów: pociąg cudowny, konduktor zabrał od nas bilet, aby nas obudzić pół godziny przed stacją, można było także zamówić sobie u niego herbatę na określoną godzinę. W przedziale czteroosobowym poznałam faceta, który postanowił przejechać z Kijowa do Krakowa rowerem w ciągu jednego dnia.

Wspominaliście, że nocowaliście korzystając z coach surfingu. Szukaliście miejsc dużo wcześniej, czy raczej w ostatniej chwili, spontanicznie?

AB: Dla mnie cały wyjazd był spontaniczny, skoro zdecydowałam się 17 czerwca, a w drogę ruszałam dzień później. We Lwowie bez problemu znalazłam sobie hosta, ale postanowiłam i tak spać razem zresztą ekipy. Poznałam na coach surfingu takiego Adama, który później z nami po Lwowie jeździł, oprowadzał nas, i również zamieszkał w tym samym miejscu. Więc Ania zamiast hostować trzy osoby, jak było umówione, hostowała pięć i absolutnie nie miała z tym problemu. Później wymyśliłyśmy sobie, ni stąd ni zowąd, że jedziemy do Mołdawii, więc wysłałyśmy parę requestów na godzinę przed wyjściem z prośbą o odpowiedź sms-em. Dostałyśmy wiadomość od totalnie zakręconego człowieka, który chodził spać przed 21:00, wstawał o 7:00, chodził na jogę, a jego jedynym posiłkiem w ciągu dnia była yerba mate. Zabrał nas nawet do „hippisowskiej komuny” w samym środku podupadłego parku w Kiszyniowie. Znajdowała się tam scena muzyczna, jakieś instrumenty, laleczki, narzędzia do lepienie w glinie, a za krzakami znajdowała się kawiarenka, gdzie serwowano tylko yerbę na różne sposoby. Sama Mołdawia bez tego byłaby dosyć nudnawa. Z kolei w Odessie spędziłyśmy sobie jedną noc na plaży, a potem trafił nam się „tajny agent” – facet, który non stop siedział przed komputerem i wykonywał dziwne telefony, przedstawiał się za różne osoby. Mówił bardzo dobrze po angielsku i rosyjsku i cała sytuacja wyglądała dość dziwnie. U niego spędziłyśmy pięć dni. Więc w zasadzie bez jakiegoś wcześniejszego szukania, przygotowywania się udało nam się bardzo szybko znaleźć nocleg na Ukrainie i Mołdawii, nawet z Odessą nie było problemu, choć słyszałam, że takowe się zdarzają.

KM: Ja z kolei zacząłem szukać noclegu na coach surfingu jakiś tydzień przed wyjazdem na Ukrainę, jednak z dość mizernym skutkiem. Więc poprosiłem Agatę, która akurat wtedy była w Polsce, aby w moim imieniu wysłała requesty i dzięki temu miałem zapewnione te kilka noclegów i przewodników w znanych miastach. Jednak nie udało się to w przypadku Odessy. Tam popularna jest tzw. „dacza”: przy drodze stoją babinki, trzymają tabliczki właśnie z napisem „dacza”. Oferują one nocleg w swoich chałupkach, najczęściej zbudowanych z desek, czasem cegieł, z ogródkiem. Jest tam łóżeczko, może jakaś szafeczka, prysznic (wielka balia wody wymalowana na czarno). Taki nocleg kosztuje coś koło 30 zł. My akurat nie postanowiliśmy tam pójść, bo jednak mieć a nie mieć 30 zł to już 60 zł, na dwóch 120, a jeszcze dwie noce to już 240 zł. Więc dwie noce spaliśmy w Odessie na plaży miejskiej i było bardzo fajnie.

Wasza podróż do Ukrainy miała charakter typowo turystyczny (chodzisz z aparatem, zwiedzasz, robisz zdjęcia)?

AB: W życiu! Żadne z nas nie wzięło aparatu! Oczywiście było trochę turystycznie, np. we Lwowie trzeba było co nieco zobaczyć, Odessę też całą obejrzeliśmy, trochę wylegiwałyśmy się na plaży (trochę ze względów technicznych, bo spiłyśmy się winem od gospodarzy i po leżeniu na kamieniach w pełnym słońcu nie mogłyśmy się ruszać).

KM: Ja potrzebowałem po prostu takiego luźniejszego wyjazdu, który sam będę organizował, gdzie mogę improwizować, gdzie wiele się będzie działo. Pierwowzorem miał być ten wyjazd samemu, w końcu się przekonałem, żeby jechać z jednym kolegą (Agata i wiele innych osób mnie do tego namawiało). Choć turystycznie też chciałem zobaczyć jak to wygląda na Ukrainie, zwłaszcza na południu.

Jaka była największa niespodzianka wyjazdu? Co was najbardziej zaskoczyło?

AB: Największe wrażenie zrobił na mnie targ wielkości osiedla w Odessie, składający się z czterech wielkich części, na których sprzedaje się odpowiednio ryby, owoce, nabiał (i słodycze: w tym przede wszystkim chałwę) oraz mięso. Targ był o tyle wspaniały, że tam przyjeżdżały takie babinki ze wsi ze swoim towarem, świeżo zrobioną śmietaną, serami, twarogami, masłem. Wszystko było śmiesznie tanie, bo kilogram krewetek kosztował 4,5 hrywny, czyli w przeliczeniu jakieś 1,20 zł. Wszystko dawano też do spróbowania, więc my chodziłyśmy i słyszałyśmy „Można popróbować” (oczywiście po rosyjsku) i dostawałyśmy jakiegoś bakłażana, kiszone pomidory (jedna z najcudowniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek jadłam!), suszone ośmiornice, krewetki i mnóstwo tego typu rzeczy. Co było dla mnie zaskoczeniem to to, że w części, gdzie się sprzedawało mięso – ona była murowana, obłożona kafelkami – po raz pierwszy widziałam, tak jak z filmów PRL-owskich, takie tusze ociekające krwią, wiszące na jakichś hakach. Wszystko było takie „nietknięte unią”, jak to powiedziała jedna z moich koleżanek.

Byłaś rok wcześniej na Bałkanach. Czy to można jakoś porównać z targami w Grecji, Chorwacji?

AB: Myślę, że to jest absolutnie nie do porównania, czegoś takiego nigdy wcześniej nie widziałam. Może dlatego, że ten ukraiński targ był na wielką skalę i zrobił na mnie ogromne wrażenie: można było po nim chodzić przez kilka godzin. Nie zatrzymując się przy każdym stoisku, zjedzenie śniadania, obiadu i kolacji i następnego śniadania polegało tylko na pójściu na targ i wydaniu 10 hrywien, czyli około 3 zł. Można było dostać np. jeden kawał kiełbasy, później serka, jeszcze później jakieś pieczywo, a wszystkiego można było popróbować. W życiu nie spodziewałam się takich doznań smakowych i zapachowych. I tego było mi najbardziej szkoda, że mogę kupić komuś pamiątkę, np. tanie papierosy, a nie odda to tego, co było najlepsze. Bo przez granicę nie można było przewieść nawet suszonych produktów.

DSC_0185 (2)

Fot. A. Teliżyn

Karol, co wywarło na Tobie największe wrażenie?

KM: Dla mnie największą niespodzianką, podobnie jak dla Agaty była Odessa. Jest ona pięknym miastem; nad samym wybrzeżem wygląda dokładnie jak polski Kołobrzeg. Ja się spodziewałem, że nad Morzem Czarnym to już będą niemal tropiki, że będzie i ciepło i inna roślinność, a jednak nie. Roślinność jest bardzo podobna, morze też wygląda podobnie (może mniej ludzie piją piwa, a więcej kwasu chlebowego), natomiast kiedy się wyjdzie z tej nadmorskiej części Odessy, to pozostała jej część niesamowicie kojarzy się z Berlinem: duże, szerokie drogi, krzyżujące się pod kątem prostym.

AB: Odessa jest bardzo pięknie zaprojektowanym miastem, jest bardzo zachodnia, penie także przez to, że była portem, że została wybudowana przez Rosjan. Piękne, zdobione ulice…

KM: Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie to, że przemyt nie jest wcale ukryty (papierosy na Ukrainie to jest koszt 3 zł, a w Polsce 10 zł, więc różnica jest ogromna). Myślałem, że to się jakoś tak po cichu odbywa, a jednak wszystkie plotki są potwierdzone: ludzie biegają kilka razy na dzień, szmuglują.

AB: To nie do końca jest przemyt, bo oni przenoszą tyle, ile mogą. Czasem ktoś przechodzi 8 razy na 3 godziny przez granicę i ma akurat 3 wagony fajek, bo tyle akurat jest dozwolone. Ale to już przemytem nie jest.

KM: Tak, ale zdarzyło nam się wejść do sklepu, który myśleliśmy, że jest otwarty; ja tylko zobaczyłem, człowieka, który szyje sobie z papierosów spodnie, takie, które mógłby później ukryć pod większymi spodniami. Fuknął tylko na nas: „Nu, zamknięte!”. Później jeszcze zobaczyłem Polaków, którzy przechodzili przez granicę i tylko jeden mówił do drugiego: „Jakbym miał nogi z gipsu” – starali się przenieść to tak, aby strażnicy nie wyczuli. Także to było dla mnie też wielkim zaskoczeniem, bo wydawało mi się, że to tylko opowieści naszych matek, dziadków.

AB: Zresztą tuż przy granicy jest Biedronka. I w sobotę otworzyli, dajmy na to, o godzinie 8:00, to ok 10:00 nie było już tam co kupić. Jak wracałyśmy do Polski to przed nami była kolejka Ukraińców prawie na kilometr, a w niej na przykład mama z córką, które jechały po ciuchy do Przemyśla. I co jest zabawne, Ukraińcy jadą do Polski aby zaznać wielkopańskiego życia, a Polacy przejeżdżający do Przemyśla z zachodu łapią się za głowę, że taka Polska B jeszcze istnieje.

Warto w takim razie jechać na Ukrainę? Warto w ogóle jeździć na wschód?

AB: Ja uwielbiam jeździć na wschód! Uważam, że jest to dużo ciekawsze niż zwiedzanie zachodu, dlatego, że zachód jest taki, że nieważne gdzie się pojedzie to widzi się te same, znormalizowane produkty, ceny, opakowania. Nic absolutnie nie zdziwi. A tu jeszcze dochodzi fascynacja językiem. Za każdym razem jak oglądam jakieś zdjęcia i jestem w stanie odszyfrować cyrylicę, to jestem z siebie przedumna i przeszczęśliwa, że to pamiętam. Uważam, że warto jeździć na wschód, ale trzeba się do tego odpowiednio nastawić, nie spodziewać się nie wiadomo jakich luksusów. Ludzie tam są z nieco inną mentalnością, mają mniejsze zaufanie do ciebie, a jeżeli ci ufają, to jest bardzo prawdopodobne, że za chwilę cię okradną. Jeśli chodzi o młodych ludzi, to da się bardzo wiele fajnych osób spotkać. Trzeba jednak sobie uświadomić, że nawet we Lwowie można znaleźć martwego psa na przystanku, zżeranego przez muchy, a obok stanie kobieta z jednym burakiem i będzie cie nagabywać, żebyś go kupiła. Pamiętam taką sytuację, jak właśnie we Lwowie kobieta sprzedawała placuszki z kapustą zrobione przez siebie. Powiedziała, że jeden kosztuje 2 hrywny, a ja akurat nie miałam odliczonej kwoty i dałam jej 5. I zamiast wydać mi pieniądze dała mi drugiego placuszka i sobie poszła. Więc nie wydała mi tej 1 hrywny i jeszcze dostałam coś, czego wcale nie chciałam.

KM: Zgadzam się z Agatą, że jest to trochę inny kraj, trzeba mieć wbudowaną ogromną cierpliwość, aby stać trzy godziny na przejściu granicznym, trzeba być wytrzymałym na marszrutki, które choć mają zapisane 19 osób, to i tak zabierają jakieś 27.

AB: Z marszrutkami jest jeszcze tak, że one odjeżdżają dopiero jak się zapełnią. Więc jak na przykład dojeżdżasz do pracy, to nie wiesz, czy wyruszysz za pół godziny czy za dwie, o której będziesz. Tak samo nie wiesz kiedy tramwaj przyjedzie.

KM: Trzeba się zatem przestawić, że na Ukrainie czasem śmierdzi, czasem są martwe psy. Natomiast ja polecam Ukrainę ze względu na tą inną mentalność. Jest to kraj kontrastów, widoków: stepy, niesamowita woda, góry, wielkie jeziora i przepiękne dziewczyny. To szczególnie polecam wszystkim facetom: one są cudowne! Pewnie oczywiście do któregoś roku, bo potem – trach – i robią się babinki z wąsami. Ale co żeśmy się napatrzyli to nasze, zwłaszcza, że przewodnik w pociągu był taki,że specjalnie zamawialiśmy drugą herbatę. To była pani przewodniczka.

DSC_0185 (1024x685) (1024x685)

Fot. A. Teliżyn

Podkreślacie cały czas różnicę między Ukrainą (wschodem) a zachodem, który jest sformalizowany i uporządkowany. Jak zatem taki uładzony Europejczyk odnajdzie się na ukraińskich stepach w czasie Mistrzostw Europy w piłce nożnej w 2012 roku?

AB: Nie zauważyłam żadnych inwestycji szczególnych, ale nie orientuję też gdzie konkretnie na Ukrainie Euro będzie się odbywać. Ale odnoszę wrażenie, ze jakoś się da. Bo to nie jest tak, że trudno się tam odnaleźć. Aczkolwiek jestem ciekawa, czy na przykład znajomość rosyjskiego będzie bardzo przydatna, że z samym angielskim się nie da. Przez to może panować jakiś chaos organizacyjny. Ale rozmawiałam z wieloma młodymi ludźmi, jest też wielu Polaków na różnych wolontariatach i wymianach. Cały czas wierzę, że to się jakoś rozkręci i mam gównie pozytywne skojarzenia i nastawienie w tym kierunku. Jak za organizację wezmą się „młodzi wykształceni” to z pomocą wolontariuszy na pewno sobie poradzą.

KM: Ja akurat w tym wypadku nie zgadzam się z Agatą. Euro na Ukrainie może wypaść okej, ale większe prawdopodobieństwo jest takie, że, nie chciałbym nazwać tego katastrofą, może wypaść nieprzyjemnie dla zagranicy. Dobrym przykładem jest to, że w Kijowie mieszkaliśmy razem z Niemcem, który mówił po angielsku, po hiszpańsku, natomiast nie znał rosyjskiego i nie czytał cyrylicy. Dla niego poruszanie się po mieście to był koszmar. Na Ukrainie brakuje oznakowań w alfabecie łacińskim. Tak jak te ostatnie mogą się przed Euro pojawić, tak nie da się poprawić znajomości języka wśród mieszkańców. Chodząc po Kijowie spotkaliśmy tylko jedną osobę, z którą można było dogadać się po angielsku.

AB: Moim zdaniem podobny problem mogą mieć obcokrajowcy w Polsce.

Powtórzycie jeszcze kiedyś taki wyjazd na Ukrainę? Czy wolicie pojechać w jakieś inne miejsce?

 KM: Ja na pewno!

AB: Kiedyś tak. Wróciłam po tym wyjeździe bardzo zmęczona i zadowolona jednocześnie. Musiałam kilka dni odczekać, pożyć tak „normalnie”, bez toalety na drugim końcu budynku, bo i tak się na Ukrainie zdarzało, i nabrać jakiegoś pozytywnego dystansu do tego. Ale kiedyś na pewno, chociażby żeby zobaczyć zmiany po Euro.

KM: Ukraina ma też wiele, wiele rzeczy, których myśmy z Agatą jeszcze nie widzieli, bo nie zapuszczaliśmy się aż tak daleko ani na wschód ani w centrum, gdzie są te wielkie jeziora. Również jest cały szlak zamków, opisany w Trylogii itd. Jest też Krym, do którego nie dotarliśmy, Bieszczady ukraińskie, zupełnie dzikie i podobno przepiękne. Wiele rzeczy jeszcze do obejrzenia, więc myślę, że na pewno jeszcze kiedyś się wybiorę. Mam nadzieję, że już motorem, ponieważ teraz na Euro są budowane drogi i podobno Ukraina jest rajem dla motocyklistów.

rozmowę przeprowadziła Magdalena Knioła

Agata Bartczak - lat 20, urodzona w Bydgoszczy, od trzech lat podróżuje autostopem. Odwiedziła w ten sposób 18 krajów, 67 miast, łącznie przejechała ponad 10500 km autostopem (ponad 1/4 długości Równika).

Karol Mątewski – student politechniki, animator czasu wolnego, pasjonat językowy i wielbiciel turystyki kwalifikowanej. Od kilku lat organizuje mniejsze i większe wyjazdy i równie często wyjeżdża (także za granicę) pracować w branży eventowej. W lipcu spędził 8 dni podróżując po Ukrainie przez Lwów, Kijów i Odessę.

Magdalena Knioła

Studentka poznańskiej teatrologii na specjalizacji operologicznej. Wielbicielka muzyki filmowej, sportu i dobrej kuchni.

Tagi: , , , , , , , , ,