Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Nabuzowany po brzegi, nie trafiam w klawisze – moja muzyka 2012 roku cz. 1

19 stycznia 2013

Rok 2012, tuż po wybiciu północy w noc sylwestrową, zaczął się dla mnie uroczystym odsłuchem utworu roku 2011 – najlepszego według zgromadzonego tam grona przyjaciół. Słuchaliśmy kompozycji Toro Y Moi Still Sound, myśląc zarazem, co przyniesie nam w muzyce nowe 366 dni. Dziś, po ponad roku od tamtego zdarzenia, mogę – podsumowując to, co się działo w międzyczasie – śmiało stwierdzić, że rok 2012 był zaskakujący. Zaskakujący, jeśli chodzi o poziom tworzonej muzyki, zwłaszcza muzyki przybierającej zamkniętą postać albumu, jako że śmiem twierdzić, iż tak dobrego „roku albumowego” nie było od 2009 r., odkąd Animal Collective jako ostatni dodali swoją pozycje do listy płyt ponadczasowych. Wszystkie znaki na niebie wskazują, że w roku ubiegłym doczekaliśmy się wreszcie kontynuacji tego sukcesu, wszystko wskazuje na to, że rok 2012 wreszcie przyniósł nam płytę, która ma szansę przetrwać próbę dziejów i stać się klasykiem godnym najlepszych płyt wszechczasów.

Nieco inaczej rzecz miała się w przestrzeni singli. Wraz z tymi samymi przyjaciółmi, z którymi 1 stycznia 2012 r. słuchałem Still Sound, jesteśmy zgodni, iż w tym kontekście rok 2011 okazał się zwycięzcą w rywalizacji z rokiem 2012. Brakowało nam czasem tak rozkosznych dla ucha pozycji, jak wspomniany utwór Toro Y Moi, czy Midnight City M83. Z drugiej strony: nie ma co narzekać, znalazło się mnóstwo utworów, powtarzanych w odtwarzaczu w nieskończoność, choć – jeszcze raz podkreślę – ten rok stał albumami.

Z tego powodu stworzyłem tu listę moich ulubionych płyt roku 2012, które – co zrozumiałe – chciałbym uważać za najlepsze:

30. Cloud Nothings – Attack On Memory

29. Clams Casino – Instrumental 2

28. Killer Mike – R.A.P. Music

27. Frank Ocean – Channel Orange

26. Death Grips – The Money Store

25. Iamamiwhoami – Kin

24. Animal Collective – Centipede Hz

23. Dinosaur Jr. – I Bet on Sky

22. Swans – The Seer

21. Grimes – Visions

2020. Bracia Figo Fagot – Na Bogato$ci

Po obfitującej w przygody (m.in. spadłem z żubra) nocy sylwestrowej 2011-2012, obudziłem się w dusznym pokoju, gdzie Przemek uciszał śpiewającą papużkę, Aśka dowiadywała się przez telefon, że jej ojciec założył nogę za głowę i wylądował w szpitalu, a dwójka nietrzeźwiejących wciąż towarzyszy wparowywała do pomieszczenia ze śpiewem na ustach o pewnej nieszczęsnej dziewczynie, która „mogła to zrobić z Cyganem”. Mijały tygodnie i miesiące, w międzyczasie jadący do Berlina Kaczan i Jaroch jako pasażerowie wraz z ucharakteryzowanym na Ryana Gosslinga z filmu Drive kierowcą Jarzembowskim starali się swoim atakiem śmiechu nie spowodować żadnego wypadku, bo przecież „nikt tak nie kradnie jak Cygan”. Potem jeszcze na listopadowych otrzęsinach WPiA w Toruniu rozszalały tłum bawił się na Fagotach równie dobrze, jak bogole na M83 w lipcu. Wiecie, Bracia Figo Fagot na pewno okażą się nie do końca racjonalnie wytłumaczalnym fenomenem tylko jednego roku, a gatunek „progressive disco” raczej nie znajdzie swoich kolejnych wykonawców. To wszystko pewnie idiotyczne i bezcelowe, a miejsce Na Bogato$ci na tej liście przy kilku innych poważnych kandydatach może szokować, ale cóż z tego, skoro rok 2012 będzie mi się kojarzył właśnie z tym. Mógłbym napisać o tym, jak temu albumowi bliżej do P.O.L.O.V.I.R.U.S.A. Kur niż do czegokolwiek, co wydało polskie środowisko disco-polo, jak bliżej mu do pewnej diagnozy stanu społeczeństwa, w którym przyszło nam żyć, niż do zwykłych wygłupów. Mógłbym, ale i tak Dzień Dobry TVN wrzuci Fagotów do jednego worka z Ona tańczy dla mnie, a myślę nawet, że sami zainteresowani nie kazaliby mi się kłopotać. Kończę. Czas wypić kolację.

 

1919. Japandroids – Celebration Rock

 Kanadyjski duet po raz drugi w swojej krótkiej historii odwołuje się estetycznie do kategorii „post”, kolejny raz pozując na okładce w konwencji protoplastów sceny post-punkowej: nowojorczyków z legendarnego Television, którzy debiutanckim Marquee Moon ustanowili ideał. Celebration Rock jest albumem niezwykle spójnym, utrzymujących się w noise’owych ramach kompozycyjnych. Jest też czymś, na co obecnie w Polsce nie stać nawet członków Kim Nowak, najbardziej ciągnących w górę gatunek garage rocka (bo, niestety, o najlepszym w tej kategorii zespole Ścianka zmuszony jestem mówić póki co w czasie przeszłym). Celebration Rock wciąga i mieli, dławi i wypluwa, pompuje i rozsadza słuchacza, bombardowanego ścianami gitar i wściekłością kompozycji. Zabraknie w tym koncepcie czasem akcentów genialności, przerzucenia piłki na drugą stronę boiska, niekiedy wydaje nam się, iż zawodnicy mentalnie zatrzymali się na pierwszej połowie spotkania, w którym opanowali środek pola płytą poprzednią, jednak czasem i taka wyniszczająca gra na czas bywa zabójcza dla przeciwników-malkontentów i w ostateczności gwarantuje sukces. POSTmodernista Jose Mourinho co nieco o tym wie.

1818. Neil Young – Psychedelic Pill

 Neil Young jest chyba jedynym, może jeszcze oprócz Toma Waitsa, weteranem muzyki rozrywkowej, który zgodnie z linią krytyki trzyma się mocno jak „Chińcyki” i nie atakuje się go społecznym zarzutem „zdziadzienia”. Tym razem Kanadyjczyk wraca do przygody z ekipą muzyków Crazy Horse, rozpoczętej w 1969 r. fantastyczną płytą Everybody Knows It’s Nowhere - i obu stronom współpraca ta wychodzi zdecydowanie na dobre. Dostajemy tu podwójną płytę okraszoną mnóstwem hardrockowych zagrywek, wpadających czasem w sidła country (co nie jest zarzutem!) i liczących bagatela 20 minut surowych jamów. W muzyce Younga od 40 lat może się nic nie zmienić, dalej może śpiewać jak Owca i wyglądać jak wujek z komiksów, a wciąż nam tego będzie mało. Tym bardziej, że niczego nowego od jego spadkobierców z mojego ukochanego Built To Spill nie mogę się jakoś doprosić.

 

1717. Wild Nothing – Nocturne

 Najlepsze czasy dream popu trzeba pewnie zlokalizować w późnych latach 80. ubiegłego stulecia. Gatunek ten jednak cały czas cieszy się popularnością wśród kolejnych pokoleń twórców, odwołujących się do gigantów tej sceny; co jakiś czasu uda się któremuś wypuścić dzieło zachwycające. Nocturne to płyta nierówna, niepotrzebnie dłużąca się na końcu, lecz ostatecznie muszę przyznać, iż na swoim polu Wild Nothing nie znaleźli sobie równych (piję tu przede wszystkim do przecenianych Chromatics). Jest jeszcze coś innego, decydującego o tak wysokim miejscu tego albumu: absolutny punkt kulminacyjny mojego życia w roku 2012, czyli Paradise, mój umiłowany utwór minionych 366 dni, który rozłożył mnie na łopatki swoją lotnością, lekkością, uniesieniem i pełnym wdzięku wspomnieniem dokonań Pet Shop Boys. Mój last.fm wskazuje, iż pierwszy raz przesłuchałem Paradise 2 września 2012 r. To musiał być najpiękniejszy dzień tego roku.

1616. Tame Impala – Lonerism

 Gdzieś w październiku, tuż po wydaniu Lonerism i pierwszych recenzjach, które pojawiły się w mediach na temat nowej płyty Australijczyków, popełniłem coś, co miało przybrać kształt krytycznej recenzji. Podczas gdy zewsząd – także od znajomych – rozbrzmiewał śpiew zachwytu nad tym albumem, ja stałem twardo na stanowisku, że Lonerism nie spełnił oczekiwań, które zostały rozbudzone przez poprzedni krążek – Innerspeaker. Pisałem więc, że tym albumem Tame Impala zabiła w sobie Lennona (za co zawsze była chwalona), a psychodelizujące pejzaże zastępują opanowaną wcześniej w bardzo wysokim stopniu sztukę piosenkopisarstwa. Rzutem na taśmę (pamiętam, był czwartek 13 grudnia, kolejna rocznica nieinternowania Jarosława Kaczyńskiego), dałem Lonerism jeszcze jedną szansę. I wówczas, 13 grudnia, John Lennon zmartwychwstał. Zmartwychwstał, by następnie zostać uwięziony w dźwiękach tak narkotycznych odjazdów, jak Be Above It, Why Won’t They Talk to Me?, czy Feels Like We Only Go Backwards. Narkotycznych odjazdów, które zarazem prezentują wymarzony poziom pisania piosenek. Nie będę się już więcej upierał, że rock psychodeliczny umarł na początku lat 70. wraz z ostatecznym unicestwieniem buntu dzieci kwiatów, skoro nigdy wcześniej muzyka nie znalazła się tak blisko I am the Walrus, jak teraz. Bywam często głuchy, lecz ci, co potrafią zmartwychwstać, mogą czasem obdarzyć zwykłych śmiertelników darem przywrócenia słuchu.

cdn.

Krzysztof Jaroch

Autor jest studentem prawa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, entuzjastą muzyki popularnej i poszukiwaczem zaginionych dźwiękowych arcydzieł. W wolnych chwilach uwielbia przygotowywać znajomym kawę (którą nawet lubią) i opowiadać im o swoich małych miłościach, (co lubią już trochę mniej, a o Beatlesach to już nie mogą słuchać).

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , ,