Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Nabuzowany po brzegi, nie trafiam w klawisze – moja muzyka 2012 roku cz.2

28 stycznia 2013

1515. Leonard Cohen – Old Ideas

Trochę było powrotów starych dziadków w 2012 roku. McCartney zdziadział, śpiewając nudny swing, Springsteen trochę „ujechał” na „obamizmie”, a Dylan wcale nie postraszył swoim okropnym, starym śpiewem, darowując nam co najmniej udane Tempest. I był jeszcze Cohen. Leonard Cohen (nie mylcie z Chrisem Cohenem wy, dzieci, którzy za hajs matki balujecie). Absolutnie niezaskoczony stylem, będącym mieszanką piwnicznego folku i bluesa, stawiam Old Ideas najwyżej spośród tegorocznych wydawnictw wymienionych tu geniuszy. Intymność bijąca z każdego kolejnego utworu to znak rozpoznawczy Barda, z którego ust, słów, strun i klawiszy – chcąc nie chcąc – da się wyczuć najsmutniejszą prawdę człowieczeństwa: przemijanie

1414. Niechęć – Śmierć w Miękkim Futerku 

W okresie przedświątecznym w internetowych mediach muzycznych można było się spotkać z kampanią reklamową dwóch polskich wydawnictw muzyki alternatywnej, które zachęcały do kupowania w ramach prezentów gwiazdkowych płyt w ich rozumieniu dobrych i ambitnych zamiast typowych, przedświątecznych składanek z odgrzewanymi kotletami. Wydawnictwa, o których mowa, to Thin Man Records i Wytwórnia Krajowa. Ta ostatnia, odpowiedzialna dwa lata temu za debiut Nerwowych Wakacji, uważany przez jednych (środowiska gitaro centryczne) za przykład typowej, obciachowej muzyki alternatywnej, a przez drugich za płytę, którą należy umieścić pomiędzy takimi klasykami, jak Cała Jesteś w Skowronkach, Nocny Patrol, czy Poniżej Krytyki. W przypadku zeszłorocznej propozycji Wytwórni Krajowej kontrowersji nie było. Bo jakże można mówić o kontrowersji w przypadku jazzu – muzyki wywyższanej od ponad sześćdziesięciu lat przez tzw. inteligencję, stanowiącą później kontrapunkt dla prostackiego rock and rolla. W ciągu tylu lat dużo się zmieniło, jazz zaakceptował i zaaplikował rocka, rock przestał wojować z wyższymi sferami, a wszystko złączyła niezgrabna łatka jazz fusion, do której nieszczęśliwie przypisano Niechęć – jeden z głównych punktów wspomnianej kampanii – przez co podoba się wszystkim: jazzistom, rockistom, trockistom, korwinistom. Do kupienia w EMPiK-u, między perłami Neila Younga a kompilacjami Nirvany.

1313. Nas – Life Is Good

Jeden z trzech naszych wieszczów narodowych, Zbigniew Wodecki, pisał kiedyś w kontekście pozbywania się rodzimych rockistowskich korzeni: Zacznij od Nasa. Nas to pewien czarnoskóry poeta, odpowiedzialny za jedno z największych osiągnięć east-coast hip hopu – Illmatic, na którym widniał jego jeden z sztandarowych utworów Life’s Bitch. Kiedy zachwycicie się już Illmatic, warto przejść do kolejnych dzieł Nasa, by dotrzeć ostatecznie do tegorocznego wydawnictwaNasira Bin Olu Dara Jonesa. Na tym albumie Nas zmienia trochę podejście, wieszcząc, że życie nie jest do końca dziwką, a może okazać się nawet dobre. Poza tym usłyszycie tam Chopina (takiego gościa podobnego do Bacha, z tym, że o nim akurat Wodecki nie wspominał), Mary J. Blidge, a nawet obudzoną ze snu Amy Winehouse. Nas jest dobry, hip-hop jest dobry, nawet Wodecki – po latach spędzonych w drodze do gwiazd – też da się lubić. Zatem do lektury, moi mili!

1212.Kamp! – Kamp!

Długogrający debiut polskiej grupy, najbardziej rozpieszczanej w ostatnich latach przez środowisko alternatywne, był oczekiwany bardziej niż ekranizacja Hobbita. Znani z niewiarygodnie zachodnio-brzmiących, najbardziej chwytliwych polskich piosenek, jakie napisano w tym kraju od czasów Władysława Łokietka, młodzi artyści kazali czekać na album zbyt długo. Z tego powodu, a także dlatego, że najlepsze fragmenty Kamp! znaliśmy od dawna, na łodzian spadła gorzka kropla krytyki. W żadnym wypadku nie podpiszę się pod tym, ponieważ w ogóle nie obchodzi mnie to, iż połowę albumu poznałem wcześniej – na singlach lub EP-kach. To album niezwykły w polskiej kulturze. Prawdopodobnie najbardziej „zachodni” ze wszystkich wcześniej powstałych w tym kraju. Przepełniony prostą, ale jakże pięknie zaaranżowaną, nastrojową muzyką, uformowany w dość konserwatywny sposób – zawierający dźwiękowe intro, interludia i outro – pomiędzy którymi rozpościerają się najlepsze taneczne utwory, jakie ostatnio mogliśmy poznać w Polsce. Znane wcześniej Cairo czy Heats już dawno zostały uznane za małe arcydzieła electropopu. Z nowych kompozycji muszę wymienić rozbudowane, potężne New Frontier, w którym łatwo można wyczuć inspirację największymi dziełami Kraftwerk. To nie jest płyta idealna (zarzuca się jej czasem prostotę progresji akordowych i dość banalną warstwę tekstową), jednak zarazem stanowi ona najbardziej potrzebną pozycję w czasach, w których polska muzyka wreszcie może dogonić współczesne trendy dźwiękowej kultury Zachodu.

1111.. The Tallest Man On Earth – There’s No Leaving Now

Wybije w tym roku pięćdziesiąt lat od czasu, kiedy Robert Allen Zimmermann wyskoczył ze swoją drugą – choć pierwszą składającą się z autorskich pieśni – płytą The Freewheelin’ Bob Dylan, od której w muzyce nic nie było już takie samo, jak przedtem. Mówi się, że Dylan dał muzyce rozrywkowej rozum, zaszczepiony później w starych rock and rollowcach; wówczas zaskoczonych, że można śpiewać w obrębie kawałków lądujących na szczyty list Billboardu piosenki niepolegające jedynie na tekstach typu „ja kocham ciebie, ty kochasz mnie”. Mija pół wieku od tego wydarzenia, ale podczas słuchania tegorocznego wydawnictwa The Tallest Man On Earth można ulec wrażeniu, iż od tego czasu w muzyce nie zmieniło się nic. Nadal uprawnione jest wykonywanie rzewnych utworów przy akompaniamencie akustycznej gitary, opartych na banalnie prostej strukturze akordowej (sam zresztą zawsze tak chciałem grać, lecz umiejętności piosenkopisarskie paradoksalnie wyczerpały się we mnie na utworze poświęconym przysłowiowym silly love songs – serio, fajnie mi wyszło, ale tylko to). Do tego dodamy wokal brzmiący jak koza i efekt dylaneski (ang. dylanseque–forma muzyczna, utwór inspirowany twórczością Boba Dylana, powstały w oparciu o jego technikę songwriterską) zostaje osiągnięty. Nie mam nic przeciwko nagrywaniu takich perełek. Najlepsza retrospekcja roku, panno Del Rey.

1010. Matt Elliott – The Broken Man

This is how it feels to be alone – tak można streścić to, co dzieje się na tym przygnębiającym albumie Elliotta, i zarazem to, co z odbiorcą płyty czyni artysta. Zawsze było mi bliżej do postaci złamanych, przeżartych przez żółć losu niż krystalicznie wybielonych na kartach historii ich życia. Bliżej mi było do Syda Barretta niż Davida Gilmoura, do Nicka Drake’a niż Neila Younga, do Briana Wilsona niż Paula McCartneya. Elliott w swojej stylistyce wraca do introspekcyjnych korzeni grania na akustycznej gitarze przy wtórze unoszących się oparów życia i kurzu na wietrze. Śpiewa z manierą Leonarda Cohena, lecz chyba lepiej porównać go do Nicka Drake’a. Bowiem każdy folkowy wygnaniec prędzej czy później pragnie zbliżyć się swoją twórczością do geniuszu najbardziej intymnych 28 minut w dziejach muzyki, czyli pożegnalnego Pink Moon Drake’a. Nikt jeszcze nie zmniejszył nawet dystansu dzielącego tego przedwcześnie zmarłego brytyjskiego artystę z resztą świata, lecz co roku rzesze smutnych twarzy z gitarą próbują tego dokonać. Ostatnio najbliżej tego osiągnięcia był Matt Elliott, którego wersję samotności kupiłem bez chwili wahania.

99. Andy Stott – Luxury Problems

W 2012 roku z pieszczotliwie nazywanym przez kumpla Andrzejem Szczotem mieliśmy prawdziwe problemy luksusu. Pierwszy raz włączałem tę płytę zasypywany peanami tego samego kumpla na temat opisywanego wydawnictwa, które wówczas według niego – teraz już chyba jednak nie – zasługiwało na miano płyty roku. Leniwe, sunące po minimalistycznej przestrzeni kobiece wokalizy zrazu zadziałały na mnie kojąco. I chyba z tym zawsze będę kojarzył tę płytę. Nie z pragnieniem artysty, by wprowadzić nas w niepokojący trans, nie z sytuującą się w ciemnych stronach wszechświata nastrojowością, nie w ambientowych pejzażykach, poobrywanych niską częstotliwością – ale z ukojeniem. Z ukojeniem, z którym kładłem się spać w ciemne październikowe popołudnia, gdy przez pewien czas Opatrzność zrobiła z mojej jamy ustnej krwistego grilla. Andrzeju, dzięki za pomoc w przetrwaniu tego czasu. Tyle o tym.

88. Violens – True

 List otwarty do PitchforkMedia – najbardziej opiniotwórczej redakcji muzycznej naszych czasów:

Szanowna Redakcjo,

zwracam się do Was w imieniu sporej części społeczeństwa polskiego, którego to historia niezbicie udowadnia nieomylność, heroizm i umiłowanie towarów luksusowych przez naszych obywateli. W naszym pięknym kraju kilka lat temu rozrósł się jak grzyby po deszczu kult amerykańskiej grupy Violens, której niezrozumiałe i niepoparte racjonalną argumentacją ignorowanie przez świat krytyki muzycznej budzi w nas agresję i niepohamowaną żądzę krwi. Za skandal należy uznać chłodne potraktowanie przez Was płyty „True”, pozycji zaskakującej eklektyzmem i mistrzostwem komponowania. Pozycji rozszerzającej horyzonty nawiązań, co powinno stanowić wzór do naśladowania dla młodych twórców, myślących tylko o tym, jak by tu najmniejszymi kosztami wskoczyć na Waszą listę „Best New Music”. Jeżeli sytuacja nie ulegnie zmianie przy okazji następnego – oby Niebiosa obdarowały nas tym jak najszybciej – wydawnictwa Violens, będziemy zmuszeni wysłać naszych chłopców, by przekonali Was innymi argumentami. Wszak nie od dziś wiadomo, że Polska przedmurzem muzyki alternatywnej jest.

Z poważaniem
Życzliwy

77. Spiritualized – Sweet HeartSweet Light

To będzie krótkie. Człowiek-legenda (odpowiedzialny za jedne z najpiękniejszych harmonii wokalnych na tytułowym utworze z jego najsłynniejszego albumu) wskrzesza muzyczny projekt-legendę i trzeba przyznać, że jest to prawdopodobnie najbardziej udany powrót 2012 roku. Odwołujący się dość bezczelnie do faktury drugiej płyty The Velvet Underground tytuł albumu stanowi ledwie początek klasycznych inspiracji. Singiel Hey Jane jest wręcz dosłownym przeniesieniem ekspresji grupy Lou Reeda i Johna Cale’a na czasy dzisiejsze. Idąc dalej tym tropem, znajdziemy jeszcze m.in. utwór Mary brzmiący podejrzanie podobnie do Can, Little Girl przypominający mi klasycznie podaną alternatywę lat 90., czy Too Late, będący namiastką wychwalanego pod niebiosa przez autora recenzji Ladies And Gentlemen We’re Floating In Space. A może to tylko złudzenie, może to tylko konfabulacja. Może narkotyczny umysł Jasona Pierce’a chciał opowiedzieć zupełnie inną muzyczną historię. W jakimkolwiek świetle nie postawimy Sweet Heart Sweet Light, na czoło wybijać się będzie absorbująca chwytliwość albumu, który właśnie dlatego – tak myślę – mógłby spodobać się wam wszystkim.

66. John Talabot – Fin

Rozsadza mnie na samą myśl o podjęciu się kolejnego odsłuchu tego albumu. John Talabot, uważany przez wielu za odkrycie tego roku, brzmi niesamowicie znajomo, jakby jego fonograficzny debiut miał sumować osiągnięcia elektroniczne ludzkości od końca lat 80. po czasy współczesne. Co więcej, jeśli ktoś nie miał styczności z gatunkiem deep house, albo z muzyką house w ogóle, to ta płyta jest dla niego. Hipnotyzujące, zapętlone dźwięki wymagają od nas skupienia, ale – co najważniejsze – to nie jest w żadnym wypadku muzyka trudna w odbiorze. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdzieś za winklem czai się ukryta „piosenkowość”. Boję zanurzyć się jeszcze raz w tej płycie, ale co zrobić, skoro pragnienie znalezienia się w odmęcie leśnych ciemności jest silniejsze ode mnie. Zaryzykuję, niech Talabot zagra mi raz jeszcze. Nastały bowiem czasy, kiedy – rozkochany od dziecka w muzyce gitarowej – recenzent znajduje sens życia w elektronice.

cdn.

Krzysztof Jaroch

Autor jest studentem prawa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, entuzjastą muzyki popularnej i poszukiwaczem zaginionych dźwiękowych arcydzieł. W wolnych chwilach uwielbia przygotowywać znajomym kawę (którą nawet lubią) i opowiadać im o swoich małych miłościach, (co lubią już trochę mniej, a o Beatlesach to już nie mogą słuchać).

Tagi: , , , , , , , , , , , ,