Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Nabuzowany po brzegi, nie trafiam w klawisze – moja muzyka 2012 roku cz.3

3 lutego 2013

55. Max Richter - Recomposed By Max Richter: Vivaldi The Four Seasons

W zaciszu hotelowego pokoju, przy pełnym szkle i zakąskach, największy punkowiec XVII wieku, Antonio Vivaldi, wdaje się w dyskusję z facetem, który współczesną muzykę rozrywkową oraz konstrukcję płyty i piosenki jako takiej już dawno rozsadził od środka, współpracując z Friedrichem Leibnizem naszych czasów – mianowicie z Brianem Eno. Bo generalnie Cztery pory roku Vivaldiego to w zasadzie arcydzieło, co tu gadać, przemielone przez tysiące filharmonijnych potknięć lub – nie daj Boże, by powstał kolejny taki przypadek – zrekonstruowane (z wywołującym odruchy wymiotne pietyzmem) odtworzenia nuta w nutę. Eno jednak coś o dekonstrukcji wie:

V: Daj spokój, widziałeś, co ten Masecki zrobił z Bacha?
E: Niechlujne, niewyraźne, nagrane na gówno-sprzęcie. Że szacun mówię. Żelo-fi.
V: Co to w ogóle za koleś jest?
E: Jakiś Polak, poza tym, że podobno geniusz i wie dużo, to jeszcze grał w Afro Kolektywie na kongach.
V: Bitny ten naród, Polaki. Ja to bym chciał, żeby ktoś mnie tak rozebrał na części pierwsze.
E: Co, Antonio? Nigdy nikt cię tak niechlujnie nie grał?
V: Grywali, plumkali, ale co tam, nie ten efekt. Ty Brian, to jesteś swój chłop, walnąłbyś w swoim stylu jakieś repetycje, jakieś pejzażyki, plamki, ten twój ambiencik – fajna rzecz. Weź coś z tym zrób.
E: Ja teraz nie mogę, muszę ratować tyłek Coldplay, bo kolejny hit muszą zapodać, stadiony zapełniać, a wiesz przecież, że z pustego to i Salomon…
V: To co teraz?
E: Może mógłbym ci kogoś polecić.
V: Kogo?
E: Niemca.
V: Faszystę?
E: A skąd.

Po kilku miesiącach przywołany do tablicy Niemiec uczynił z czołowej punkowej pozycji XVII wieku dzieło godne podpisów obu rozmówców, którzy w zaciszu hotelu, ukojeni stężonym powietrzem i transcendencją muzyki, zasnęli – spełnieni.

44. Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Mature Themes

Zakładam z góry za Ciebie, Drogi Czytelniku, który znasz twórczość Ariela Pinka znacznie dłużej niż najstarsi hipsterzy z Powiśla, że z recenzją tej płyty się nie zgodzisz. Za przykład Twojej osoby, Czytelniku, niech posłuży mój kolega Arkadiusz – który doskonale porusza się w meandrach poprzednich wariacji artysty (utrzymanych mniej lub bardziej w duchu lo-fi), jest zakochany w Life in L.A. i obeznany koncertowych odjazdach na Off-Festivalu – i ja. Ja jako człowiek, który wiedzę o Haunted Graffiti przyswajał sobie stosunkowo późno (gdzieś w okolicach schyłku hype’u na Before Today), który oczekiwał po najnowszym wydawnictwie Pinka pewnie czegoś zupełnie innego. Co więc dostałem? Zdecydowanie więcej, niż sądziłem: przede wszystkim pobudzające kubki smakowe „sikstisowe” tagi w postaci sunshine popu, psychedelic popu, jangle popu i podobnych. Już sam singiel Only in my dreams przeniósł mnie do świata wyrafinowanych kompozycji Mistrzów. A cała płyta? Śmiem twierdzić – jednocześnie obserwując z boku, jaki status w światku alternatywnym zyskują Doldrums czy Before Today – że Mature Themes stało się nagle i niespodziewanie moją ulubioną płytą Ariela Pinka i jego ferajny.

PS A wspomniałem już, że 42 sekunda Only in my dreams to nie Ariel Pink, a Papa Dance? Właśnie, Papa Dance.Przemyśl to jeszcze raz, Drogi Czytelniku.

33. Grizzly Bear – Shields 

Może to trudne do wyobrażenia, ale znam osobę, dla której Veckatimest jest płytą życia i śmierci. W jej przypadku uwielbienie dla albumu Grizzly Bear z 2009 r. doprowadziło do zawieszenia przed najnowszym wydawnictwem nowojorczyków bardzo, ale to bardzo wysokiej poprzeczki. Ze mną było inaczej. Do Shields podszedłem bez żadnych oczekiwań i warunków, jedynie z ogromnym szacunkiem dla tej (obecnie czołowej) indie folkowej kapeli. Był koniec sierpnia, spędzałem ostatnie dni praktyk w Warszawie, godziny dłużyły się niemiłosiernie, a kilka nowych, przesłuchanych wtedy płyt nie wzbudziło mojego entuzjazmu. Przez to bardziej skupiałem się na klasyce pokroju The Wedding Present czy The Soft Boys. I wówczas (był wieczór, siedziałem zmęczony w kuchni Wuja i zastanawiałem się, którą koszulę wyprasować na jutro) zapuściłem sobie Shields. Gdzieś w połowie płyty Grizzly Bear rozwiali moje wątpliwości, jaki album obsadzi jedną z pozycji na podium największych muzycznych dokonań 2012 roku. I nie chodzi tu nawet o singlowe hooki pokroju Sleeping Ute czy zaraźliwe Yet Again, tylko o to, co mogę znaleźć między wierszami. Wypełniające z zasady przestrzeń przejściowe kawałki między tymi wspomnianymi, snujące się leniwie folkowe kompozycje wydłużają czas doznawania, jak dawno temu wydane fragmenty Sung Tongs (ok, może porównanie nietrafione, może nie ten czas i nie to miejsce, ale co ja poradzę – ot, asocjacje), które zdają się mówić: „to w nas zapisano wielkość tej płyty”. Na Veckatimest trochę mnie one denerwowały, tutaj dzieje się odwrotnie. Pole position tych perełkowatych dłużyzn wyznaczam dla talk-talkowatego What’s Wrong, a musicie wiedzieć, co ja sądzę o Talk Talk, by zrozumieć powagę tego porównania.

Fani Grizzly Bear mogą marudzić, że nie doznali obecności Absolutu tym razem, tak jak to miało miejsce choćby w przypadku genialnego Ready, Able z Veckatimest, ale to ich sprawa. Małych kroków, a nie wielkich skoków – taką zawsze była technika „Niedźwiadków”, którą szanuję, akceptuję i „dobrze jest wtedy”.

22. Afro Kolektyw – Piosenki po Polsku

Zastanawiałem się przez bardzo długi czas, jak zacząć opisywanie tego albumu, jak w ogóle wyrazić to, co Piosenki po polsku zrobiły ze mną w 2012 roku. Może spróbujmy w ten sposób: u progu tego roku zespół Afro Kolektyw kojarzył mi się jako jedna z nielicznych polskich kapel skatalogowanych w obrębie tzw. organicznego hip hopu, ciesząca się dużym szacunkiem w środowisku niezależnym. Jeśli jednak miałbym nazwać mój stosunek do Afrojaxa i jego kompanii jeszcze rok temu, określiłbym go jako obojętny. Wkrótce jednak nastał styczeń. Któregoś dnia wróciłem do mieszkania po toruńskim pub quizie (a że pub quiz to piwo, a że piwo to niejedno) i zastałem od kolegi Klejnowskiego link na YouTubie do najnowszego singla Afro Czasem pada śnieg w styczniu (Zakazane warzywo) z notką, że się Klejnowski jara i Jaroch ma się jarać także. Odsłuchałem beznamiętnie, piwo zrobiło swoje i zasnąłem. Rano, jak przez mgłę, zdołałem sobie przypomnieć, że COŚ nowego chyba wczoraj słuchałem i to COŚ chyba było dobre. Wróciłem do linka i wtedy się zaczęło. A w ogóle to nagranie, ba! – wypuszczenie tak chorobliwie zaraźliwego popu na singlu w przypadku renomowanej hip-hop jazzowej kapeli mogło zakończyć się strzałem w stopę, co zaraz zobrazuję. Wyobraźcie sobie sytuację, jak głupio mogłem się poczuć, puszczając ten utwór redaktorowi Misunowi, powtarzając przy tym, że ZAJEBISTE, a on skomentował to krótko, że brzmi jak Feel. Być może miał prawo tak skojarzyć, być może nawet miał rację. Jednak ja – interpretujący muzykę pop przez dwa słowa: THE BEATLES – nie znam innego wytłumaczenia, jak zrzucenie całej winy na Czwórkę z Liverpoolu za to, że Zakazane warzywo skradło mi serce w 2012 roku. A był to dopiero początek.

W połowie stycznia poznałem całe Piosenki po polsku i po pierwszym odsłuchu wiedziałem, że mam do czynienia z rzeczą wyjątkową na polskim rynku. Mieliśmy schyłek zeszłorocznego hype’u na tradycję polskiej piosenki i nowy gatunek neo-big-bitu (Nerwowe Wakacje, Muzyka Końca Lata, Ania Rusowicz), portal Screenagers.pl wydał jeszcze kontrowersyjne zestawienie najlepszych polskich piosenek (nawiasem mówiąc: publicystyczne wydarzenie roku) i gdzieś w tych nastrojach znakomicie odnaleźli się chłopcy z Afro Kolektywu. Z każdym odsłuchem można było odkryć kolejne kryptocytaty, trawestacje i błyskotliwe nawiązania do muzyki naszych dziadków, ojców i starszych braci. A choćby Siekierę w Idź i obmyj w sadzawce Syloe, a choćby Papa Dance w ukrytym na końcu płyty utworze. Każda piosenka (tak! Piosenka! Nazwijmy to niedwuznacznie: piosenka! – coś, co ma zaledwie zwrotkę, czasem pre-refren, refren i mostek) stała się oddzielną opowieścią poszczególnych dni i wydarzeń 2012 roku. Nasza doskonałość, którą otworzyli koncert w OdNowie w jeden z piękniejszych wieczorów tamtego roku, kiedy upewniłem się ostatecznie, iż Afrojax jest najfajniejszym człowiekiem w tym smutnym kraju. Wiążę sobie krawat, grany przez DJ-a jako wstęp do najlepszych zeszłorocznych imprez w toruńskim Latino. Niemęskie granie, przez które dostawałem groteskowego pomieszania ataków śmiechu i melancholijnych rozważań nad sensem istnienia. Wspomniane już Zakazane warzywo, demaskujące paradoks życia seksualnego, Idź i obmyj w sadzawce Syloe, towarzyszący mi w niejeden skacowany poranek, czy wreszcie (prawie) finalny Jeżeli kiedyś zabraknie mnie, odnajdujący mnie zawsze w te najciemniejsze dni, kiedy światodwracał oczy lub ja odwracałem swoje, a pożegnalne refleksje Afrojaxa były moimi refleksjami.

Nie chcę nikogo przekonywać o genialności tych utworów w strukturze kompozycyjnej. Nie chcę nikogo przekonywać, jak fantastycznym – choć niesilącym się na ortodoksyjne szaleństwa instrumentalne – gitarzystą jest Michał Szturomski. Nie chcę nikogo przekonywać, jak teksty Afrojaxa, które idealnie wstrzeliwują się w zespołową estetykę pastiszu i parodii, powalają sarkazmem bardziej niż cokolwiek, co w swoich telewizyjnych wygłupach powiedział Wojewódzki. Nie chcę nikogo przekonywać do tego, że takich wspaniałości na polskim rynku znaleźć nie zdołacie. Nie chcę nikogo przekonywać, bo to nie wasza, a moja i Afro Kolektywu historia roku 2012. I chwała, i sława, i wiążę sobie krawat.

Na koniec anegdotka:

Ja: Ej Afro, a dlaczego nie graliście Zakazanego warzywa?
Afrojax: Słuchaj, stary, my tego w ogóle nie grywamy na koncertach, bo ja tam w pewnym miejscu nie wyciągam septymy.
SEPTYMY!

 

11. Kendrick Lamar – Good kid, m.A.A.d. city

Długo broniłem się przed zaakceptowaniem tego faktu. Długo musiałem się przeciskać przez tony nigga, nigger, homies i tym podobnych „dialektyzmów”, mogących sytuować autora płyty tylko w jednej przestrzeni ziemskiej na ziemi. Długo zastanawiałem się nad fenomenem tego albumu. Może nazbyt długo. Na szczęście potrafię teraz bez wahania, obudzony w środku nocy, wskazać w ciemnościach najlepszy album roku 2012.

Kendrick Lamar to człowiek, który nie tylko na polu hip-hopu, ale chyba na całym świecie muzycznym najlepiej obecnie opanował sztukę opowiadania. Good kid, m.A.A.d city to płyta, która nas – śmiertelników pochowanych w ciepłych domach, w bezpiecznych miastach – przenosi w przestrzeń, której pewnie nigdy nie zrozumiemy. Zamieszkana przez Afroamerykan, żywiąca się krwią i przemocą część Los Angeles – Compton – jest bohaterem tej historii, w której w ciągu jednego dnia w życiu podmiotu lirycznego (heh, niggas znacie to drętwe określenie?) zdarzy się więcej rzeczy niż prawdopodobnie przez całość trwania mojego pobytu na tym ziemskim padole.

Płyta Good kid, m.A.A.d. city w żadnym wypadku nie jest albumem łatwym w odbiorze, w szczególności dla słuchacza, który – delikatnie mówiąc – nie pała miłością do hip-hopu. Wszystko co cechuje dobry hip-hop, czyli teksty i flow, bity i sample, wreszcie charyzma samego twórcy, ukrywa się przed gumowym uchem niechętnie nastawionego odbiorcy, jakim sam byłem w ciemny październikowy wieczór, kiedy zmusiłem się przesłuchać jeszcze jedną pozycję hip-hopową w katalogu oznaczonym liczbą 2012. Zapewne znajdziecie się w tej samej sytuacji, jeśli zdecydujecie się na danie szansy Kendrickowi i stwierdzicie po pierwszym odsłuchu: nie, no co tu jest takiego dobrego? Wówczas właśnie powinna zadziałać magia Lamara, który niewytłumaczalnie poprowadzi naszą rękę do przycisku „odtwórz ponownie”, potem znowu i znowu, i znowu, i znowu… Za którymś razem znamy już teksty Kendricka na pamięć, znamy historię gangsterskich porachunków, postrzeleń, metafizycznych przemian i uniesień oraz ucieczki w lepszy spokojny świat.

A teraz zdradzę Ci sekret, Drogi Czytelniku. Jest nim Sing About Me, I’m Dying Of Thirst. Byłby on ostatnim utworem, który chciałbym usłyszeć przed śmiercią, gdyby Bóg uczynił mnie Afroamerykaninem wychowanym w Compton. To od niego zacznij tę historię, jeśli wciąż jesteś nieprzekonany przez muzykę czy nieudolną recenzję i starasz się znaleźć inny sposób zwieńczenia opowieści o najpiękniejszych zabiegach dźwiękowych roku ubiegłego.

Panie i Panowie – miejsce pierwsze – Kendrick Lamar Good kid, m.A.A.d city. Prawdziwy album na miarę naszych czasów.

Krzysztof Jaroch

Autor jest studentem prawa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, entuzjastą muzyki popularnej i poszukiwaczem zaginionych dźwiękowych arcydzieł. W wolnych chwilach uwielbia przygotowywać znajomym kawę (którą nawet lubią) i opowiadać im o swoich małych miłościach, (co lubią już trochę mniej, a o Beatlesach to już nie mogą słuchać).

Tagi: , , , , , , ,