Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Normalni ludzie umierają na końcu

6 stycznia 2013

63371-poniedzialkowe-dzieci-patti-smith-1 (1)

Patti Smith, Poniedziałkowe dzieci, przeł. R. Sudół, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012    

Bo już małe dziecko

zmuszamy, aby odwróconym wzrokiem

widziało formy, nie otwarty przestwór

R. M. Rilke, Elegia VIII, tłum. A. Lam

                                                                               

Jeżeli wyobrażamy sobie biografię jako linearny zapis odzwierciadlający najzupełniej linearne życie bohatera, Patti Smith już na początku dokonuje pozornie nieznacznej wolty: autorka przerzuca śmierć Roberta na początek opowiadanej historii, dzięki czemu ratuje czytelnika (i siebie) przed koniecznością zmierzenia się z opisem śmierci, który zwykle zamyka biograficzną kompozycję, oraz delikatnie wskazuje na pewną cechę swojego pisarskiego warsztatu, o czym za moment. W zakończeniu zaś, zamiast szpitalnego łóżka i coraz bardziej rozciągniętych w czasie odgłosów aparatury monitorującej, Smith umieszcza fundamentalne dla tej biografii zdanie: „Jest mnóstwo innych historii, które mogłabym napisać o Robercie, o nas. Ale opowiedziałam właśnie tę”. Sprawa wydaje się oczywista, jednak stawia Poniedziałkowe dzieci od razu w pewnym świetle: to tylko narracja, moja wersja tej historii, którą chcę opowiedzieć, w jakiś sposób i w jakimś celu. Autorka nawet nie sili się na bezinteresowność i obiektywizm historyka, nie trzyma się życiowej linearności. Choć deklaratywne zdania padają dopiero w zakończeniu książki, rozpoczynająca biografię śmierć jednego z pary jej głównych bohaterów już wprowadza pewien zamęt. Normalni ludzie umierają na końcu.

Patti Smith nie tylko nie pozuje na obiektywnego historyka, a nawet jawnie wprowadza pewne zabiegi kreacyjne, które formują biografię swoją i Roberta według pewnego wzoru artysty. Po pierwsze prawdziwy artysta rodzi się już jako artysta, dlatego o dzieciństwie Roberta dowiadujemy się tylko kilka, aczkolwiek znaczących faktów: od dziecka wiedział, że będzie artystą, ponieważ obdarzony został pewnym rodzajem wrażliwości. Po drugie ów rodzaj artystycznej wrażliwości tyczy się każdej sfery życia twórcy, nie tylko momentów, kiedy pracuje nad dziełem. W tej perspektywie literacki, egzaltowany sposób widzenia świata, którym Smith epatuje czytelnika co krok: „byłam pełna różnych odniesień” czy „chmury jak u Rafaela”, łączy się z obchodzeniem urodzin dawno nieżyjącego Rimbauda i tworzy pewien model: artystą się człowiek rodzi (choć nie zawsze odkryje to już we wczesnym dzieciństwie), oraz: artystą nie przestaje się być nigdy, ponieważ nie jest to rola społeczna, a pewien sposób bycia w świecie.

Jednak nowojorska bohema będąca tłem owej historii nie wypada w opisie jednostronnie i broni się przed oskarżeniem o stereotypowy opis. Mimo że Smith dość jawnie gra z modernistycznym mitem artysty przeklętego, mimo że Robert urodził się artystą, długo ma problemy z określeniem swojej seksualnej tożsamości czy z wyzbyciem się społecznej roli mężczyzny, który powinien zapewnić swojej partnerce utrzymanie. Autorka tłumaczy te fakty pochodzeniem Roberta – urodził się w mieszczańskiej, katolickiej rodzinie i pewne wzory nabyte w procesie socjalizacji na długo kształtują światopogląd bohatera. Również sama autorka niekoniecznie wpisuje się w stereotypowy opis tego, co zwykliśmy uważać za artystę w modernistycznym rozumieniu: prawie nie pali tytoniu, okazjonalnie marihuanę, ale żadnych innych narkotyków, jest heteroseksualna, dużo się modli, a ostatecznie nawet wychodzi za mąż. Obraz nowojorskiego artysty jawi się zatem jako wypadkowa czynnika modelowego, jakim jest poeta przeklęty, oraz mieszczańskiego środowiska, z którego zwykle wywodzą się członkowie owej bohemy.

Pomimo wspomnianych odstępstw, podstawowa opozycja budująca modernistyczny wizerunek artysty okazuje się tu wciąż żywotna i konieczna: świat artystów wyraźnie oddzielony został od świata mieszczańskiego. Bunt jest oczywiście wpisany w model artysty przeklętego, jednak bunt w wydaniu Smith wydaje się podkreślać jedną jego cechę, nieuwypukloną tak bardzo w modelowych ujęciach: artyści to tylko dzieciaki. Opisanymi wyżej kategoriami posługuje się starsze małżeństwo, które napotyka Patti i Roberta podczas spaceru: to chyba artyści – mówi żona; to zwykłe dzieciaki – replikuje mąż. Starszy pan, wyrażając ów sąd, chciał zapewne zdeprecjonować bohaterów, sądzę jednak, że autorka Poniedziałkowych dzieci chwali się tą oceną nieprzypadkowo: to opowieść o dzieciakach, które celowo dystansowały się wobec dojrzałości rozumianej jako podporządkowanie się społecznej formie. Wspólnota ze zmarłymi artystami, sposób widzenia świata, w którym więcej jest wyobraźni niż naukowych sądów, duża doza autokreacji – to według autorki łączy dzieci i artystów. Smith zdaje się twierdzić, że to ten dziecięcy pierwiastek ratuje człowieka przed skamienieniem, zmurszeniem w nudnej, mieszczańskiej dojrzałości. Wieczna niedojrzałość okazuje się życiem poza pewną normą, jednak jest przecież życiem bujnym, dynamicznym, nielinearnym, a w dodatku poruszającym zarówno wyobraźnie, jaki pozornie stałe fundamenty świata.

Jakub Misun

Student IV roku filologii polskiej w ramach MISH na UAM w Poznaniu. Czytacz, pisacz, krytykacz.

Tagi: , , , , ,