Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Czasem słońce, czasem deszcz

19 listopada 2012

DSC_0382 DSC_0055 DSC_0256

 

„Musisz mieć eleganckie czarne buty, czarne spodnie, białą koszulę i krawat. Zaraz po weekendzie zaczynasz, wszystkiego się dowiesz. Poradzisz sobie – mieliśmy już kilku Polaków, bardzo dobrze się z nimi pracuje” – takimi słowami zakończyła się moja rozmowa kwalifikacyjna pewnego lipcowego dnia w Malahide pod Dublinem, kiedy po dwóch tygodniach poszukiwań wreszcie znalazłem zatrudnienie. Trzy lata temu, zaraz po maturze, wyjechałem do Irlandii, by zarobić trochę pieniędzy na studia, choć mojemu nowemu szefowi wmówiłem oczywiście, że przyjeżdżam na stałe. Kierownik restauracji indyjskiej Bilash Tandoori – Musharof – nie zamierzał szkolić pierwszego kelnera i przekazywać mu wszystkich tajników obsługi klienta, by ten po dwóch miesiącach odchodził z pracy.

Był to mój pierwszy kontakt z jakimkolwiek Hindusem. Moje wszystkie dotychczasowe wyobrażenia o tej nacji i jej obyczajowości opierały się jedynie o jakieś migawki filmów bollywoodzkich, z których nigdy nawet żadnego nie obejrzałem. Wyjeżdżając do pracy spodziewałem się, że trafię do jakiejś fabryki albo lokalu gastronomicznego, w którym moim managerem będzie sangwiniczny, ryży Irlandczyk, którego początkowo nie będę rozumiał przez jego regionalny akcent. Okazało się jednak, że w całym Malahide pracować mogę jedynie w restauracji indyjskiej. Pierwszy rzut oka na menu, którego miałem nauczyć się przez weekend, zwiastował spore wyzwanie – „murgh tikka masala”, „aloo gosht” czy „jinga jalpuri” to tylko najprostsze nazwy dań, jakie jestem sobie w stanie przypomnieć w tej chwili. Musharof, na którego łaskę i niełaskę skazany byłem przez najbliższe dwa i pół miesiąca (bilet z datą powrotu w połowie września czekał już oczywiście w torbie podróżnej), bardzo szybko okazał się wymagającym przełożonym, dlatego poza samą poprawną wymową nazw kilkudziesięciu indyjskich przysmaków, znać musiałem skład każdej z nich, a także specyficzne barwy – dla amatora jednakowych – sosów i ich wonie, aby przypadkiem nie pomylić talerzy dla różnych gości. O ile samo rozpoznawanie różnych odmian curry przychodziło mi już po pewnym czasie z niejaką łatwością, o tyle zdobycie choćby cienia uznania u mojego szefa było nie lada wyczynem. Nie potrafię przypomnieć sobie sytuacji, w której borykałem się z większą presją.

Musharof, który miał około 30 lat, sylwetkę buddy i zawsze świetnie dobrany do koszuli krawat, kilka lat wcześniej zaczynał tak jak ja, jednak nie miał zamiaru wracać do swojego ubogiego kraju. Przez ten czas doskonale rozpoznał reguły gry – jeśli nie jesteś u siebie i dostajesz szansę w obcym sobie miejscu i wśród obcych ludzi, musisz dać z siebie wszystko, bo inaczej przepadniesz. Niebywała dyscyplina i determinacja Musharofa była dla mnie zarówno pouczająca, jak i uprzykrzająca, ponieważ nawet mój największy wysiłek pozostawał często niezauważony.

Pod czujnym okiem posępnego, gastronomicznego buddy uwijałem się jak mrówka, w godzinach szczytu obsługując jednocześnie kilkanaście stolików, odbierając telefony z zamówieniami na dowóz, nie wspominając o przygotowaniu przystawek czy paczek na zapleczu. Wszystko to w oparach egzotycznych przypraw, które szef kuchni z Bangladeszu łączył w niepowtarzalne kompozycje. O ile obaj kucharze, czyli odpowiedzialny za skład curry szef i jego pomocnik, który obsługiwał piec tandoori, nie wyróżniali się szczególną lotnością czy kulturą osobistą, tak jednak to, co przyrządzali, każdego dnia dostarczało moim zmysłom feerię doznań. Jako pracownik miałem codziennie zapewniony posiłek, dzięki czemu przez krótki czas poznałem większość sztandarowych potraw tego regionu świata (oczywiście każda ma miriady lokalnych odmian) i mogę śmiało powiedzieć, że kuchnia Hindusów podbiła moje serce.

Moje wakacje w Bilash Tandoori nie upływały mi jednak na degustacji, a raczej na ciężkiej pracy według określonego rygoru, który wymagał ode mnie zręczności i refleksu w kuchni, uprzejmości przy obsłudze, umiejętności szybkiego uczenia się nowych rzeczy na bieżąco, a także dużego marginesu tolerancji dla grającej przez cały dzień składanki hitów z bollywoodzkich produkcji, którą po paru tygodniach znałem na pamięć. Niemające sobie równych pragnienie mnożenia zysków Musharofa narzuciło zabójczy rytm mojej wakacyjnej emigracji. Atmosferę obozu pracy pogłębiał dystans między nami – o ile Musharofowi zdarzało się dowcipkować we własnym języku z resztą pracowników, tak ja napotykałem na kulturową barierę – szef nie starał się nawet wtajemniczać mnie w anegdoty, jakie wypływały w ich rozmowach, mimo że poziom języka angielskiego w pełni na to pozwalał. Ponadto praktycznie nigdy nie słyszałem ciepłego słowa, a zdawkowe „how are you?” przed rozpoczęciem pracy musiało mi starczyć na cały dzień. Pierwsza konfrontacja z Hindusami (i ich sąsiadami z Bangladeszu) nie pozostawiła u mnie pozytywnych wrażeń – jako grupka emigrantów zarobkowych zdawali się być jeszcze bardziej odizolowani od reszty niż inne narodowości, ich materializm i rezerwa znięchęciły mnie do nich.

Jednak tak jak szybko zawyrokowałem o wspólnych przywarach tej nacji, tak musiałem swoje zdanie zweryfikować, kiedy po jakimś czasie dołączył do nas dwudziestoparoletni Arindam, który uczył się na jednej z dublińskich uczelni biznesowych, a w weekendy dorabiał sobie w restauracji jako kelner. Ten młody kosmopolita z Kalkuty okazał się być kompletnym przeciwieństwem mojego srogiego przełożonego, dlatego szybko się zakumplowaliśmy. Biegle posługujący się językiem angielskim, odwiedzający regularnie znajomych w różnych częściach świata, już po kilku rozmowach zapraszał mnie gorąco do odwiedzenia go w domu rodzinnym. Kiedy w sierpniu zaczął się muzułmański ramadan i po raz pierwszy Musharof poprosił mnie o to, bym miał oko na całą restaurację w czasie kiedy będzie się modlił, Arindam wprowadził mnie w świat wyznaniowego i kulturowego eklektyzmu Indii. W czasie kiedy nasz szef zdejmował swoje eleganckie buty i czarne skarpetki, podwijał krawat i na obrusie rozłożonym na kuchennej podłodze bił pokłony i modlił się półszeptem do Allaha, Arindam opowiadał mi o slumsach w cieniu gigantycznych luksusowych hoteli, o żebrakach, którzy dzielą się rejonami i utrzymują swoje rodziny i domy z żebractwa (dzięki datkom bogatych turystów wielu z nich może sobie nawet pozwolić na kupno samochodu) i o wielogłosie językowym tego kraju – poza słyszanymi na każdym rogu językami europejskimi pamiętać należy o kilku tysiącach odmian języka hindi, a także poszczególnych narzeczach. Nie powinno dziwić, że w tej mozaice kulturowej koegzystują ze sobą nie tylko muzułmanie i hinduiści, ale i chrześcijanie, a także przedstawiciele wielu innych wyznań. Co natomiast wzbudziło moje zaskoczenie, to odpowiedź Arindama na pytanie o jego wierzenia – „lubię różne rzeczy, lubię ludzi – kiedy mamy święto diwapali, wychodzę z innymi na ulice, gdzie jest kolorowo i gwarno; kiedy jest Boże Narodzenie, obdarowuję się z przyjaciółmi prezentami”. Uderzające było dla mnie, że kuchenne drzwi restauracji oddzielały w tym momencie tak skrajnie różne postawy wobec świata, religii i innych ludzi. W wypadku Indii kwestie pokoleniowe nie mają tu nic do rzeczy – różnica wieku między tymi dwoma, których poznałem, to zaledwie parę lat.

Jakiś czas później moje doświadczenia posłużyły jako dobra podstawa do nawiązania pogawędki z Vikramem, którego moja klasowa koleżanka przedstawiła mi jako uczestnika programu AISEC, w ramach którego odbywał staż w pewnej bydgoskiej firmie informatycznej. Po moich grzecznościowych peanach na temat indyjskiej kuchni, przeszliśmy do relacji, jaka łączy Vikrama i moją koleżankę, dzięki czemu dowiedziałem się, że od kilku miesięcy są parą, zakochaną na zabój, i planują razem wspólne życie. Szczęśliwie dla nich, rodzina dwudziestoparoletniego Hindusa należy do wyjątkowo liberalnych – wielu jego rówieśników uzależnionych jest w tej materii od decyzji swoich ojców, którzy sami wybierają idealną (ich zdaniem) kandydatkę na żonę i aranżują zaślubiny, podczas których młodzi widzą się pierwszy, ewentualnie drugi raz w życiu. Vikramowi, który robi karierę jako informatyk po obu stronach globu, a we własnym rodzinnym mieście ściga się z policją motorami, trudno jest wyobrazić sobie siebe w takiej roli.

Dwa dni temu, czyli dwudziestego maja, upłynęła kolejna rocznica dotarcia pierwszego Europejczyka do Półwyspu Indyjskiego drogą morską. Wydaje mi się, że po ponad pięciu wiekach od wyczynu Vasco da Gamy, Indie i ich mieszkańcy nie przestają zadziwiać, fascynować i inspirować Zachodu.

 

Norbert Piotrowski

Od dłuższego czasu żyję i pracuję on-line, a moim marzeniem jest zostawić w sieci ślad – i to taki, który pozwoli mi się jednak czasem odłączyć. Czym się wówczas zajmę? Niczym oryginalnym: muzyką, filmami i literaturą.

Tagi: , , , , ,