Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

W ciszy beatlesowskich diamentów

5 stycznia 2013

allthingsmustpass_0

 

George Harrison – All Things Must Pass

1970, Apple

OCENA: 10/10

 

29 listopada 2011 roku minie dokładnie 10 lat od śmierci George’a Harrisona, cichego Beatlesa, jednego z najwybitniejszych singer/songwriterów w historii muzyki popularnej, śmiało przeze mnie nazywanego „najsłodszym głosem rock and rolla”. Z tej okazji pragnę przybliżyć solowe dzieło życia tego najbardziej utalentowanego spośród gitarzystów Fab Four. Album, który stanowi kanon muzyki rozrywkowej, obowiązkową pozycję każdego smakosza pop rockowych dźwięków – wydany w 1970 roku trzypłytowy longplay All Things Must Pass.

Warto przypomnieć sobie nastroje panujące wówczas na Beatlesowskim podwórku– na starcie nowego dziesięciolecia. Nikt już nie miał złudzeń, że w 1970 roku The Beatles są już przeszłością. Jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem rozpadu zespołu wszech czasów i tuż po pożegnaniu się z fanami albumem Let It Be, skłócony z pozostałymi członkami grupy (w szczególności z Johnem) Paul wydaje pierwszą solową, piosenkową płytę zatytułowaną po prostu McCartney. Album staje się komercyjnym sukcesem, popularność zapewnia mu wielki przebój Maybe I’m Amazed, lecz wielu zdaje się kręcić nosem, wiedząc, że byłego Beatlesa stać na więcej (longplay wyśmiał zwłaszcza Lennon). 10 kwietnia Paul McCartney ogłasza w prasie rozpad Fab Four. Lata 60-te i jeden z najbarwniejszych odcieni tej dekady – The Beatles – są już przeszłością. Panowie wkraczają na nową ścieżkę życia, z nowymi partnerkami (Yoko Ono, Linda McCartney) o poranku po ciężkiej nocy beatlemanii. Jeszcze wcześniej, w marcu debiutuje Ringo Starr albumem Sentimental Journey który dociera do miejsca 7 na liście sprzedaży płyt w Wielkiej Brytanii. Dla pozostałej dwójki – Harrisona i Lennona, stało się jasne, że nadeszła pora na ich odpowiedzi.

Osobą, która łączy – kompletnie przecież oddzielne – projekty George’a i Johna jest postać stukniętego geniusza, Phila Spectora, producenta ostatniej płyty Beatlesów, autora rewolucyjnej w technice produkcji ściany dźwięku. Efekt pracy Phila z Lennonem to całkowicie zdehumanizowane, antypiosenkowe studium psychoanalityczne nad tak złożoną osobowością jak John. Początkowo nieprzystępne, surowo balansujące między hałasem a ciszą, harmonią a muzycznym fałszem i anarchią dźwięki spowodowały niezbyt przychylną recepcję albumu w pierwszych tygodniach po premierze. Dziś, po latach, wiemy, że Plastic Ono Band – bo o tym albumie mowa – jest jednym z najwybitniejszych dzieł muzyki popularnej, najbardziej dojrzałym striptizem psychologicznym w dziejach popukultury dźwięku. 22. miejsce na liście 500 albumów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone mówi samo za siebie. Rolą Spectora w studiu było przede wszystkim niezepsucie tej unikalnej atmosfery, jaką zapewnił swą twórczością, osobowością i talentem John Lennon. Swoje producenckie mistrzostwo i rewolucyjne pomysły Spector mógł wdrożyć w życie dopiero przy pracy z drugim Beatlesem – Harrisonem.

Już rok wcześniej można było się domyślać, że coś ciężkiego wisi w powietrzu, bowiem jednymi z najjaśniejszych pozycji ostatniego arcydzieła Bealtesów – nieśmiertelnego Abbey Road –okazały się niespodziewanie dwie kompozycje Harrisona. To niezwykle ciepłe Here Comes The Sun i (nazwane przez Franka Sinatrę najlepszą piosenką o miłości) urocze Something zyskały większy poklask niż choćby Oh! Darling Paula czy Because Johna. Stojący wciąż za plecami wielkiego tandemu George przez lata odkładał do szuflady rzeczy, które ginęły nietknięte wśród natłoku prac Lennona i McCartneya. Na kilka z nich przyszedł czas właśnie teraz – kiedy George ostateczne zrzucił z siebie ciążącą zależność od zapatrzonych w siebie przyjaciół.

26 maja George Harrison wszedł do studia Apple, beatlesowskiej filii EMI. Nagrywanie 14 piosenek i dodatkowo tzw. Apple Jam, czyli studyjnego jam session, które zapełniło trzecią stronę LP, ukończono w sierpniu. We wrześniu całość, zmiksowana i wyprodukowana przez Spectora, była gotowa na premierę, która ostatecznie miała miejsce 27 listopada. Długo nie czekając, na początku grudnia wypuszczono promujący album singiel My Sweet Lord. I stało się nieuniknione. Płyta All Things Must Pass okazała się ogromnym artystycznym i komercyjnym sukcesem. Cichy Beatles wyszedł z cienia.

Jest coś magicznego w otwierającym album, napisanym wspólnie z Bobem Dylanem utworze I’d Have You Anytime. Ilekroć słyszę pierwsze słowa piosenki, powtarzam sobie przestrogę, związaną z prawidłowym sposobem recepcji Harrisonowej poetyki. Odkąd w sposób namacalny (przez wzięcie do ręki sitaru) George odkrył kulturę wschodu, nic – nawet rock and roll – nie było dla niego ważniejsze od Boga. Wiele tekstów, traktujących na pierwszy rzut oka o miłości do kobiety, przy dokładniejszej analizie i opanowaniu podstawowej wiedzy o Harrisonie, okazuje się pełnymi pasji hymnami do Stwórcy. Bóg jest dobrym, bliskim, choć wciąż nieosiągalnym pewnikiem, niewytłumaczalną dawką miłości i inspiracji; zarazem wielkim panem, jak i kolegą. I’d Have You Anytime zaledwie wprowadza słuchacza w to, co niebawem nastąpi – w ekstazę boskiej miłości w drugim utworze – My Sweet Lord- największym przeboju Harrisona. Genialna progresja akordowa zapewniła temu kawałkowi miejsce w ścisłym gronie piosenek wszechczasów. To także najbardziej bezpośrednio wyrażony hymn pochwalny na cześć… no właśnie kogo? Boga? Ale czyjego Boga? Czy wybrzmiewające w chórkach śpiewy hallelujah, hallelujah osadzają Stwórcę w kręgu kultury chrześcijańskiej, czy może jednak powtarzane na końcu hare krishna ostatecznie utożsamiają Boga z Jego orientalnym wizerunkiem? Tak inteligentny jak na popową piosenkę zabieg uniwersalizacji „Słodkiego Pana” dostarczył George’owi największego w jego karierze uznania krytyki, mimo późniejszego żenującego (tak, żenującego!) procesu o plagiat.

Kolejne utwory wprowadzają słuchacza w tajemnice beatlesowskiej sztuki pisania piosenek absolutnie wyjątkowych. Wah-Wah mógłby stanowić podręcznik dla początkującego gitarzysty, eksperymentującego z różnymi efektami elektrycznymi. Krąży również legenda, że utwór ten stanowi gorzką rozprawę z Paulem McCartneyem, który niejednokrotnie strofował i pouczał młodszego kolegę. Do postaci McCartneya należy wrócić przy okazji następującego po Wah-Wah utworu Isn’t It A Pity. Opisując w tak prostych słowach ideały zarówno lata hipisowskiej kontrkultury, jak i religii Wschodu, Harrison udowadnia zdolność dobierania właściwych rymów, opowiadania o sprawach ważnych w przystępny i mądry sposób. Na sam koniec utworu pojawia się właśnie McCartney i The Beatles. Powoli prowadzona piosenka odkrywa swój „stadionowy” potencjał, przysposabiając kończący, przedłużający motyw z Hey Jude. Na na na na na na … – tak! to jest właśnie czyste beatlesowskie Hey Jude, tyle że z niedopowiedzianymi (domyślnymi?) słowami tytułowymi przeboju autorstwa McCartneya.

Utwór What Is Life stał się kolejnym, po My Sweet Lord, międzynarodowym sukcesem. Klasyczne rock and rollowe schematy i słodki głos wokalisty uzupełnia kolejny tekst, którego znaczenie balansuje – w zależności od interpretacji – między miłością ziemską a transcendentną. Podobne dylematy czekają odbiorcę przy moim – nie ukrywam – ulubionym fragmencie albumu. Cover Dylana, If Not For You, przepełniony unikalną ciepłą, radosną barwą głosu i wybijającą się spośród ścian dźwiękowych partią fortepianu, nabiera całkiem nowego znaczenia. Tylko uzupełniająca gitary i klawisze harmonijka przypomina o nazwisku autora piosenki. To być może najsłodsze trzy i pół minuty w historii muzyki i kolejna opowieść o bezgranicznej miłości. Do Boga lub kobiety…

Nagrane trochę w stylu country, trochę w klimacie folkowym Behind That Locked Door, zawierające kolejne słowa pocieszenia dla strudzonych dusz, brnie dalej w sielankę. Wysoko zawieszonej poprzeczki nie strącają ostrzejsze Let It Down i spokojniejsze Run Of The Mill. Następujący po nich Beware Of Darkness to utwór, w którym Harrison – wciąż niedoceniony gitarzysta – antycypuje zagrania gitarowe Davida Gilmoura z Pink Floyd. Końcowe solo przywołuje na myśl choćby Fat Old Sun z płyty Atom Heart Mother czy słynne Comfortably Numb. W Apple Scruffs (określenie maniakalnych fanów The Beatles czekających godzinami na swych idoli przed budynkiem Apple Corps lub studiem Abbey Road) Harrison ponownie powraca do dylanowskiej harmonii. Ballad Of Sir Frankie Crisp (Let It Roll) stanowi nieoszlifowany diament. Przepiękne wokale Harrisona na tle Spectorowch zabiegów, związanych oczywiście z dodaną ścianą dźwięku to jeden z bardziej uroczych, choć najmniej poznanych, idyllicznych zakamarków płyty. Awaiting On You All atakuje kolejną ścianą dźwięku i pełnymi pasji wokalami.

Zamykający piosenkową część albumu utwór tytułowy to jeden z tych niezliczonych, niesprawiedliwych „odrzutów” z ery The Beatles. Zamieszczony na samym końcu nabiera głęboko sarkastycznego znaczenia. To właśnie Harrison, spośród wszystkich członków Fab Four, zdawał się najczęściej ironizować i odcinać od osiągnięć swego wielkiego zespołu. Tak beznamiętne stwierdzenie kończy ostatecznie szaloną epokę beatlemanii.

Nie na tym jednak kończy się album. Trzecią stronę wypełniają swobodne zapiski z jam session, nagrane m.in. z Erikiem Claptonem, Rickiem Wrightem czy Klausem Voormannem. Zgromadzona w jednym miejscu, w jednym studiu, ścisła śmietanka brytyjskiej muzyki tamtych czasów mogłaby spokojnie przyćmić tego, który ich wszystkich zaprosił. Jednak on – George Harrison, najsłodszy głos rock and rolla – ani na moment nie pozwala wątpić, kto jest na tym przyjęciu beneficjentem.

Album jest skończony. Tuż po ostatnich dźwiękach następuje chwila zadumy na twarzy słuchacza, która zdradza chęć jak najszybszego powrotu do muzycznej lektury. Ta podróż trwa już 41lat. I zdaje się nie mieć końca.

Kapitalną, moim zdaniem, pracę przy okazji All Things Must Pass wykonał Phil Spector. Podkreślam tu moje zdanie, gdyż jego produkcja, w tym wielokrotnie powtarzany zabieg ściany dźwięku, imitujący orkiestracje, bywa dość często krytykowana. Po latach cierpkich słów nie szczędził Spectorowi sam Harrison. Styl, w jakim zmiksowano nagrania, wydaje się jednak idealnym sposobem na przekazanie nastrojowości piosenek z All Things Must Pass i emocji, jakimi dzielił się tu z słuchaczami Cichy Beatles. Emocjami stanowiącymi kontrapunkt dla surowej i przenikniętej chłodem zawartości Plastic Ono Band Lennona. To właśnie niepowtarzalne ciepło, obok songwritingu, przekazane wspólnie przez Harrisona i Spectora przyniosło płycie status albumu unikatowego.

Maksymalna ocena albumu jest raczej bezsporna. Uznanie krytyki i publiczności (w tym wielotygodniowe okupowanie pierwszego miejsca w Wielkiej Brytanii i USA) przyszło krótko po premierze. Harrison nie musiał czekać latami na pochwały, on zwyczajnie zgarnął całą pulę, jaką wygłodniali fani The Beatles postawili przed byłymi członkami Fab Four u progu lat 70-tych. Ówczesna forma Harrisona, niesionego jeszcze falą Something i Here Comes The Sun była porażająca. Tam, gdzie wówczas stanął on, spodziewano się kogoś innego: Lennona lub McCartneya.

Na płycie All Things Must Pass George’owi udała się sztuka wybitna: nagranie długogrającego albumu całkowicie pozbawionego jakichkolwiek wypełniaczy, bez piosenek zbędnych czy odstających jakościowo. Sztuka ta, która Beatlesom udawała się notorycznie począwszy od Rubber Soul, sztuka, która solowym Beatlesom uda się jeszcze tylko raz: Lennonowi na Imagine. To właśnie All Things Must Pass rozpoczął artystyczny wyścig zbrojeń pomiędzy Johnem a Paulem, bezwzględnym pościgiem za coraz to lepszymi płytami przebojowymi, utarciem nosa jeden drugiemu. W końcu to oni czuli się zawsze liderami The Beatles, stojącymi zawsze w błysku reflektorów, oślepiających zdystansowanego Harrisona. Dzięki temu już rok później mogliśmy się cieszyć wspomnianym Imagine i doskonałym dziełem Paula Ram.

Lecz wtedy, na przełomie roku 1970 i 1971, zanim John sprzedał swoją wizję świata bez nieba, a Paul wyruszył w trasę z Wings, George Harrison niepodzielnie rozdawał karty w post-Beatlesowskim pokerze.

30 lat później, gdy przepalone papierosami serce wciąż młodego artysty zgasło, gdy prochy tego skromnego człowieka spoczęły w ukochanych wodach Gangesu, elita współczesnego rocka i popu oddała hołd zmarłemu mistrzowi, grając jego największe klasyki , w tym większość z płyty All Things Must Pass. Występ, wydany na CD, przeszedł do historii jako Concert For George – najlepsze muzyczne widowisko na żywo, jakie kiedykolwiek słyszałem. Harrison stał wtedy w pierwszym rzędzie. Musiał tam stać, musiał to widzieć. Jego Słodki Pan był mu to winien.

 

Krzysztof Jaroch

Autor jest studentem prawa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, entuzjastą muzyki popularnej i poszukiwaczem zaginionych dźwiękowych arcydzieł. W wolnych chwilach uwielbia przygotowywać znajomym kawę (którą nawet lubią) i opowiadać im o swoich małych miłościach, (co lubią już trochę mniej, a o Beatlesach to już nie mogą słuchać).

Tagi: , , , , , ,